W rozszerzonej o warzywnictwo formule

    Plantpress

    Od kilku lat firma Agrosimex organizuje targi połączone z upowszechnianiem wiedzy na temat nowoczesnych rozwiązań. Początkowo odbywały się one w Ossie, koło Rawy Mazowieckiej. Z czasem, gdy konieczna była większa kubatura, zarówno dla uczestników, jak i wystawców, przeniesiono je do Warszawy. W tym roku Agrosimex zaskoczył po raz kolejny rozszerzając formułę targów. Dotychczasowym adresatom – sadownikom, towarzyszyli uprawiający warzywa. A te Warszawskie Targi Sadownictwa i Warzywnictwa (fot. 1) odbyły się 5 i 6 stycznia.

    Głównymi partnerami targów były firmy Syngenta Crop Protection (fot. 2) i Syngenta Seeds, a głównymi sponsorami Yara Poland i Löwe. Patronat sprawował Związek Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej. W ciągu obu dni liczne stoiska (ponad 100), na których prezentowano środki ochrony roślin, nawozy, nasiona warzyw, materiał szkółkarski, maszyny, narzędzia i akcesoria do produkcji sadowniczej i warzywniczej oraz wyposażenia przechowalni owoców i warzyw, odwiedziło łącznie ponad 5 tysięcy osób, w tym dość licznie Białorusini, Litwini, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Niemcy, Holendrzy, Belgowie.

    Podczas uroczystego otwarcie targów (fot. 3) i inauguracji obchodów 20-lecia istnienia firmy Agrosimex, jej prezes Leszek Barański nawiązał do przygnębiających wydarzeń ubiegłego roku, które dotknęły wielu polskich ogrodników. Powodzie niejednokrotnie zniszczyły dorobek wielu lat pracy. Aby ułatwić uruchomienie produkcji wsparł finansowo, za pośrednictwem TRSK, reprezentowanego przez prof. dr hab. Eberharda Makosza (fot. 4), dotkniętych tych żywiołem ogrodników.

    Targi skupiające dwa filary polskiego ogrodnictwa – sadownictwa i warzywnictwa – zaszczycił swą obecnością Franciszek Adamicki (fot. 5), tymczasowy kierownik funkcjonującego od 1 stycznia br. Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach, powstałego z połączenia Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa z Instytutem Warzywnictwa. Jak zapowiedział, mimo początków organizacji tej nowej jednostki, fachowcy z obu składowych instytucji nieprzerwanie, bez zakłóceń służą ogrodnikom radą.

    Organizowane przez Agrosimex targi nie są traktowane wyłącznie jako miejsce do ekspozycji środków produkcji. Są one okazją do zaprezentowania także osiągnięć niematerialnych – upowszechniania nowoczesnych technologii produkcji warzyw i owoców opracowanych przez polskich i zagranicznych naukowców. To także dobre miejsce na doradztwo, w tym w aspekcie ekonomicznym. O tym jak produkować aby odnieść finansowy sukces poprzez zadowolenie konsumentów z kraju i z zagranicy mówił prof. E. Makosz. Według prelegenta, mimo wyższych tegorocznych cen płodów rolnych, ale niższych zbiorów, wiele gospodarstw ma poważne problemy ekonomiczne. W tym roku najwyżej 30% sadowników może być zadowoloych z efektów produkcji. Jedną z przyczyn dekoniunktury w branży rolniczej jest panująca od kilku lat aura niekorzystna dla produkcji polowej. Profesor apelował do właścicieli gospodarstw dobrze prosperujących w tym roku, aby zainwestowali w systemy ochronne, zabezpieczające uprawy wieloletnie przed suszą, przymrozkami, gradobiciem, czy niepożądanymi zwierzętami. Nieopłacalność produkcji zmusiła też wielu ogrodników do zaprzestania ochrony roślin przed chorobami i szkodnikami. Drastyczne tego efekty widoczne są szczególnie w sadach wiśniowych, czasami także jabłoniowych oraz jagodnikach. Profesor przestrzegał, że osłabione przez agrofagi drzewa zawiązują niewielką liczbę pąków, a dodatkowo są podatne na przemarznięcia. Skutkiem takiego stanu będzie z pewnością słabe owocowanie w kolejnym sezonie, a także zła jakość zebranego plonu. Sukces natomiast wróżył tym, którzy nie oszczędzali a produkowali, inwestowali w gospodarstwo mimo nieopłacalności w poprzednich latach. W tym roku uzyskują, za owoce wysokiej jakości, nareszcie adekwatne ceny. Wg profesora 10 zabiegów dodatkowych w ochronie to koszt 2,5 tys. złotych na hektar. „To nie jest drastyczny wydatek. Problemem jest wytrwałość w kontynuowaniu zabiegów” – mówił E. Makosz.

    Profesor zwrócił uwagę na jeszcze jedno niepokojące zjawisko, niespotykane dotychczas – bardzo niewielki tonażowo skup jabłek. W kraju i za granicą sprzedano w zeszłym roku w grudniu tylko 35 tys. ton. Obecnie zapasy w Polsce wynoszą 415 tys. ton. Polacy nie chcą sprzedawać dzisiaj jabłek (oferowana cena 2 zł/kg) do krajów wschodnich oczekując na wyższą cenę. Profesor upatruje niebezpieczeństwo w podobnym postępowaniu. Jeśli polscy sadownicy nie zweryfikują swojego stanowiska, to inni „stratedzy” mogą okazać się lepsi. Za taką cenę można bowiem kupić jabłka włoskie, o wiele lepszej jakości niż polskie.

    Ze względu właśnie na jakość, przegrywamy już bowiem konkurencję na rynkach krajów Zachodniej Europy. Pan Marek Łuczak (fot. 6) z firmy Syngenta poparł tę opinię wynikami analiz przeprowadzonych w sieciach handlowych. Ekskluzywne Waitrose i Marks & Spencer handlują bowiem głównie tradycyjnymi odmianami pochodzącymi od ogrodników z Wielkiej Brytanii i nie są zainteresowani sprzedażą naszego asortymentu. Co-op, i Sainsbury’s także promują brytyjski produkt, chociaż dostrzegają polskie jabłka, które stanowią dla obu towar 4 lub 5 kolejności. Generalnie wśród sieci o brytyjskich korzeniach najwięcej o polskich owocach wiedzą handlowcy z Tesco. W ich sklepach nasze jabłka sprzedawane są regularnie w ofercie standardowej i ekonomicznej, chociaż czynnikiem limitującym często bywa niedostateczna jakość i zbyt mały zakres produkowanych w Polsce odmian. Jak twierdzą eksperci tej sieci, jedynie ‘Royal Gala’ jest w stanie sprostać jakością wymaganiom rynku. Natomiast ‘Šampion’, ‘Jonagold’ i ‘Elstar’ ze względu na smak i konsystencję często nie odpowiadają konsumentom brytyjskim. Jeśli znajdą się w sklepach, to tylko w opakowaniach „ekonomicznych”. Nieco inaczej pod względem popytu na odmiany wygląda sytuacja w Niemczech. Tam ‘Royal Gala’, ‘Jonagold’ i ‘Elstar’ są popularne wśród klientów. ‘Šampion’ natomiast wydaje się być nieznany. Niemniej Niemcy przywiązani są bardzo do lokalnych produktów, które są silnie promowane. Dlatego w ich sieciach możemy zaistnieć wówczas, gdy z ceną ulokujemy się na niższym poziomie, utrzymując oczywiście nienaganną jakość towaru. Sytuacja na rynku holenderskim kształtuje się podobnie jak w przypadkach wcześniej wymienionych. Ze względu na dużą podaż rodzimych owoców, polskie jabłka plasowane są jedynie w segmentach ekonomicznych lub nie ma zainteresowania tym towarem. Pod względem preferencji odmianowej, sytuacja wygląda podobnie jak w Niemczech, z tym, że coraz większą popularnością cieszy się ‘Rubens’. Do podobnych wniosków dochodzą również zachodni importerzy polskich owoców, przy czym oni doceniają przynajmniej wstępną bardzo dobrą jakość – „surowy materiał potrafi być doskonały”. Etap przechowywania kończy się jednak porażką, gdyż jak twierdzą, po dostarczeniu jabłek do odbiorcy, zaledwie 30% owoców ma dobrą jakość, reszta – średnią do słabej. Widzą w nas jednak potencjał na najbliższe 5 lat, przy czym konieczna jest poprawa produkcji pod względem jakości finalnego towaru. Niektórzy zachodni importerzy sugerują nawet polskim ogrodnikom wprowadzenie zmian w asortymencie odmian oraz metod uprawy. Wzrasta bowiem zapotrzebowania na małe owoce, przy czym wiadomo, że czasami trudno takie uzyskać. Mimo to może warto zatem podjąć ryzyko? Według profesora Makosza, mamy szanse na rozwój produkcji owoców, w przeciwieństwie do innych krajów unijnych. Przemawiają za tym wciąż niskie koszty uprawy i, przede wszystkim, chęci wśród młodej grupy sadowników, których planem jest zajęcie pozycji partnera a nie konkurenta dla zachodnich kolegów po fachu.

    Jakość owoców jest wypadkową wielu czynników. Podczas sesji wykładowej duży nacisk kładziono na zależność od stanu fitosanitarnego roślin. Dr Beata Meszka (fot. 7) z Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach, specjalizująca się w ochronie roślin sadowniczych przed chorobami, udzielała wskazówek na nadchodzący sezon. Jej zdaniem źródło większości chorób, w tym parcha jabłoni, będzie duże. Jest to wynikiem, trudnej sytuacji w ochronie spowodowanej zeszłorocznymi warunkami pogodowymi uniemożliwiającymi skuteczną walkę, a także rezygnacją z wykonywania zabiegów, czego przyczyną często były względy finansowe. Wśród wielu rad doktor Meszki, znalazły się i takie, by nie nadużywać środków należących do tych samych grup chemicznych i ograniczyć ich stosowanie do najwyżej 2 lub 3 zabiegów w sezonie. Efektem nieprzestrzegania tych zaleceń może być bowiem uodpornienie się agrofagów. Rada ta dotyczy wszystkich preparatów, zarówno kontaktowych, jak i układowych, których wg prelegentki należy użyć dopiero w warunkach wskazujących, że doszło do infekcji. Do tej grupy środków należy, m.in. triazolowy fungicyd Score 250 EC, który w ofercie głównego partnera targów – firmy Syngenta, znajduje się już od 20 lat. Jak informowała dr Meszka, to że środek jest wciąż niezmiennie popularny wśród sadowników i skuteczny, wynika z przestrzegania powyższych zaleceń oraz uwzględnienia przez praktyków rad, aby środki o specyficznym, jak chociażby triazole (IBE), mechanizmie działania stosować łącznie z fungicydami zachowującymi się inaczej, np. kontaktowymi (powierzchniowymi). Synergizm dwóch fungicydów skutkuje wydłużeniem i poprawą działania każdego z nich.

    Apel o konieczności przemiennego stosowania środków ochrony roślin wygłosił także dr Manfred Hilweg, który analizował przyczyny słabych efektów zwalczania przędziorków. Najlepszym rozwiązaniem w strategii antyodpornościowej jest stosowanie środka z danej grupy chemicznej tylko raz w sezonie i konieczność rotacji nawet w sąsiednich latach, o ile to możliwe. „Polscy sadownicy są pod tym względem w dobrej sytuacji, mają bowiem do dyspozycji dość dużo środków należących do różnych grup chemicznych i o odmiennych mechanizmach działania” – podkreślał prelegent. W niektórych krajach europejskich sadownicy nie mają tak korzystnej sytuacji. M. Hilweg przestrzegał jednak przed zmniejszaniem zalecanej dawki cieczy użytkowej akarycydów oraz zbyt późnym terminem zabiegu. Uspokajał, że walka z tą grupą szkodników wcale nie musi być trudna, jeśli w sadzie jest spora populacja naturalnych wrogów przędziorków. Aby nie czynić spustoszenia w faunie pożytecznej zalecał ograniczenie użycia lub nawet wyeliminowania pyretroidów w sadach.

    Do środków ochrony roślin wpływających na jakość owoców należą, zarejestrowane po raz pierwszy w ubiegłym roku, preparaty giberelinowe z grupy regulatorów wzrostu. Jef Vercammen (fot. 9) po wieloletnich doświadczeniach prowadzonych w Belgii z tymi środkami wie, jak wykorzystać wszystkie ich zalety. Zdaje sobie jednak sprawę z różnic rejestracyjnych w poszczególnych krajach, stąd nie do wszystkich badanych przez niego celów gibereliny można wykorzystać. Użycie tych środków bezpośrednio po przymrozkach wpływało na zwiększenie liczby i masy zawiązanych owoców, czego nie obserwowano po zastosowaniu tydzień po przymrozkach. Do kolejnych zalet należy regulacja kształtu i masy owoców, a także ich wpływ na jakość skórki. Eliminują bowiem stopień jej ordzawienia.

    Polscy sadownicy coraz częściej i chętniej różnicują asortyment uprawianych gatunków. Tym też należy tłumaczyć dużą frekwencję na wykładzie dotyczącym najnowszych, perspektywicznych odmian czereśni, które prezentował Bart Liesenborghs (fot. 10). Jego zdaniem do zasługujących na uwagę należą obecnie odmiany o ciemnoczerwonej skórce owoców, dużej miąższości i średnicy przynajmniej 28 mm. Przy czym jak stwierdzał, każde zwiększenie średnicy o kolejne 2 mm, to wzrost ceny kilograma owoców o 1 euro. Podstawą produkcji w Belgii są wciąż cztery odmiany (tabela). Pozostałe stanowią uzupełnienia, albo są w trakcie badań przydatności do wielkotowarowej produkcji.

    fot. 1-10 K. Kupczak