Zaraza ogniowa – próba podsumowania sezonu

    Instytut Ogrodnictwa w Skierniewicach

    Miniony sezon potwierdził nasze wieloletnie obserwacje wskazujące na nieregularne i trudne do przewidzenia występowanie zarazy ogniowej. Dotyczy to zarówno konkretnych regionów, jak i stopnia nasilenia choroby w poszczególnych sezonach. Po paru latach względnego spokoju zaraza wystąpiła w wielu sadach, w różnych rejonach kraju. Jej szkodliwość była niekiedy duża, a wręcz bardzo duża. Obserwowaliśmy, szczególnie w przypadku gruszy, wyniszczanie całych drzew, a nawet kwater, i to w stosunkowo krótkim czasie. Prawie zawsze padało wtedy pytanie o źródło – skąd wzięła się choroba, przecież wcześniej nigdy tak nie było. Jednoznaczna odpowiedź była i wciąż jest trudna.

    „Uśpione” zagrożenie

    Nieregularne występowanie zarazy ogniowej powoduje, że w latach o mniejszym nasileniu choroby sadownicy nie interesują się nią zbytnio, traktując ostrzeżenia o zarazie jako coś, co ich konkretnie nie dotyczy. Tymczasem źródło w postaci porażonych roślin-gospodarzy, także tych dziko rosnących, na które najczęściej nie zwraca się uwagi, stopniowo powiększa się, aż – mówiąc kolokwialnie – wybuchnie. Są też tacy sadownicy, którzy nigdy nie widzieli objawów choroby i mało o niej wiedzą. Często nie rozpoznają, a może nawet nie kojarzą, że w ich sadzie lub w jego sąsiedztwie zamierające pędy, gałęzie czy całe drzewa są już zaatakowane przez sprawcę zarazy ogniowej.

    Źródło choroby może więc być różnorakie, od niezauważonych, albo wprost nierozpoznanych ognisk w samym sadzie, do ognisk na dziko rosnących w pobliżu, innych gospodarzach sprawcy choroby, np. głogu, jarząbie czy świdośliwie, czy wreszcie ognisk na nowo posadzonych drzewkach, z którymi bakteria została zawleczona ze szkółki.

    Generalnie uważamy, że polski materiał szkółkarski, poddawany częstym lustracjom i kontroli kwalifikacyjnej, ma większą gwarancję zdrowotności niż np. materiał sprowadzany z zagranicy, nierzadko niewiadomego pochodzenia, zwłaszcza ze szkółek zlokalizowanych poza strefami chronionymi czy buforowymi.

    W ostatnich latach obserwujemy coraz częściej stosowaną praktykę późnego sadzenia drzewek wiosną, które przez to kwitną później, tzn. nawet na przełomie maja i czerwca. Tymczasem okresem najbardziej niebezpiecznym z punktu widzenia możliwości porażenia drzew jest właśnie kwitnienie (fot. 1). Ilość pierwotnego inokulum w tym okresie jest dużo większa niż na początku wiosny, dlatego porażone, dziko rosnące rośliny-gospodarze, ale nie tylko one, stwarzają wtedy nieporównanie większe zagrożenie, niż gdy kwitnienie ma miejsce wcześniej w sezonie.

    Naturalne otwory, takie jak miodniki czy znamię słupka, są głównymi „bramami” wejścia dla bakterii. Dlatego tak ważna jest eliminacja źródła choroby. Istotna jest przy tym podstawowa wiedza dotycząca diagnostyki, która częściowo może bazować na obserwowanych symptomach. Należy jednak podkreślić, że objawy zarazy (fot. 2–4) mogą być – w zależności od fazy fenologicznej i stopnia rozwoju choroby – podobne do objawów innych chorób, w tym chorób kory i drewna, powodowanych przez grzyby.

    Właściwie tylko jeden objaw, a mianowicie wyciek bakteryjny, towarzyszący często nekrozom i zgorzelom występującym na różnych organach nadziemnej części drzew, jest wyłączną cechą zarazy ogniowej. W większości przypadków konieczna jest konsultacja z najbliższym inspektoratem ochrony roślin i nasiennictwa.

    Objawy choroby

    Spotkania z sadownikami i lustracje sadów wskazują, że wciąż jest jeszcze niemała grupa producentów, którzy mają trudności zarówno w powiązaniu podejrzanych objawów z zarazą ogniową, jak i z dalszym postępowaniem w przypadku jej stwierdzenia. Warto więc przypomnieć sobie podstawowe informacje o objawach i rozwoju choroby, bowiem sukces w walce z zarazą leży przede wszystkim w jak najwcześniejszym jej wykryciu i likwidacji czy to całych drzew, czy też – w zależności od stopnia porażenia – pojedynczych gałęzi i pędów. Takie działania ograniczają z jednej strony źródło zakażenia dla roślin jeszcze nieporażonych, a z drugiej – szkodliwość choroby na drzewach już zaatakowanych.

    Ze względu na to, że patogen może przeżywać w wyciętych gałęziach czy drzewach, powinny być one usunięte z sadu i najlepiej niezwłocznie spalone. W żadnym wypadku nie powinny być rozdrabniane i pozostawiane w sadzie.

    Patrząc na drzewo z objawami podobnymi do zarazy ogniowej, należy uwzględnić fakt, że sprawca choroby, Erwinia amylovora, rozprzestrzenia się bezobjawowo na pewną odległość od widocznego pogranicza między miejscem porażonym a pozornie zdrowym. Trudno jednak stwierdzić jednoznacznie, jak daleko bakterie przemieściły się od tego miejsca. Jedne ze starszych badań amerykańskich wykazały, że można je było wykryć nawet w odległości około 1 m od obrzeża nekrozy czy zgorzeli. Uwzględnienie takiej odległości może się jednak wiązać z likwidacją całego drzewa, co nie zawsze jest uzasadnione. W naszych zaleceniach podajemy zapas o długości 20–30 cm, ale wtedy warto obserwować przez jakiś czas miejsca po wycięciu (fot. 5), sprawdzając ewentualną dalszą aktywność sprawcy choroby. Może pojawiać się wówczas wyciek bakteryjny, a nawet rozwijać nekroza.

    W tym roku wielu sadowników nie mogło sobie wręcz poradzić ze skutecznym wycinaniem chorych pędów i musiało to robić bez mała przez cały sezon. Jednym z powodów mogło być szybkie rozprzestrzenienie się bakterii w tkankach przewodzących znacznie dalej niż przypuszczano, ale też np. przeniesienie bakterii na niezdezynfekowanych narzędziach do wycinania, czy wreszcie porażenie przez rany ze źródła z zewnątrz.
    Powstawały także pytania o termin cięcia, wpływ przebiegu warunków atmosferycznych, zagrożenia związane z przenoszeniem bakterii na sekatorach i piłach. W kontekście cięcia i możliwości zakażenia ran jednym z trudniejszych pytań było także to dotyczące cięcia letniego, a mającego przecież duże znaczenie dla wybarwienia owoców. Wszystkie te pytania, choć trudne, wiążą się ściśle ze znajomością choroby, w tym pewnego rodzaju wyczuciem jej faktycznej aktywności. Dochodzą do tego jeszcze takie czynniki, jak podatność odmiany, intensywność wzrostu drzewa i przedłużenie tego procesu, związane np. z nawożeniem, a także czynniki niezależne, zwłaszcza pogoda. Dlatego tak ważna jest wiedza o historii zarazy na danym terenie i to zarówno w skali makro, jak i konkretnego sadu.

    Zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu

    Oprócz zagadnień natury ogólnej, zawsze powstaje problem, co robić, aby zwalczyć sprawcę choroby i zapobiec jej dalszemu wystąpieniu. Ze względu na brak skutecznych środków chemicznych, konieczne jest zastosowanie różnych metod i ich odpowiednia integracja. Jeśli chodzi o środki chemiczne, to ich asortyment jest niezwykle ubogi i w zasadzie ogranicza się do preparatów miedziowych. Mamy zarejestrowanych na naszym rynku kilkanaście takich preparatów wykazujących działanie zapobiegawcze przed zarazą ogniową. Mają one dobre właściwości bakteriobójcze, ale działają wyłącznie powierzchniowo. Poza tym, stosowane już od kwitnienia, w zależności od przebiegu warunków atmosferycznych, mogą powodować ordzawienia owoców, zwłaszcza jabłek o jasnej skórce.

    Niekiedy sadownicy pytali o możliwości zastosowania streptomycyny. Warto tu przypomnieć, że przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej dostępny był na naszym rynku środek Hortocyna na bazie streptomycyny. Jego stosowanie podlegało ewidencjonowaniu i ścisłej kontroli przez ówczesną inspekcję ochrony i kwarantanny roślin. Jednak obowiązujące w Unii prawo zabrania stosowania antybiotyków w ochronie roślin. Problemem nie jest wyłącznie potencjalne zagrożenie dla samego środowiska, ale też niebezpieczeństwo dla operatorów przygotowujących ciecz roboczą i wykonujących zabiegi. Ponieważ streptomycyna jest wciąż stosowana w medycynie, może to skutkować wywołaniem oporności bakterii powodujących choroby u ludzi, w tym oporności krzyżowej (tzn. również na inne antybiotyki). Poza tym, jak wykazały badania niemieckie, streptomycyna trwale kumuluje się w miodzie, co było powodem zniszczenia kilku tysięcy ton zanieczyszczonego miodu.

    Piszę o tym także dlatego, że dochodzą do mnie informacje, że różni zagraniczni doradcy zalecają stosowanie streptomycyny i to nawet w zawyżonych dawkach, w celu zwiększenia skuteczności. Oprócz faktu, że takie zabiegi są niezgodne z prawem, to jednocześnie mogą powodować uszkodzenia roślin, a nawet wywołać oporność sprawcy zarazy ogniowej na streptomycynę. Fitotoksyczność streptomycyny polega głównie na etiolacji (zanik zielonego barwnika) nerwu głównego i nerwów bocznych liści.

    Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na częste pytania związane z szeroką akcją popularyzującą stosowanie dezynfektanta o nazwie Huwa-San TR-50, jako uniwersalnego środka przeciwko różnym chorobom drzew owocowych, w tym zarazie ogniowej. Przypomnę raz jeszcze nasz komunikat opublikowany wiosną na stronie internetowej Instytutu Ogrodnictwa. Nie ma żadnych danych krajowych ani zagranicznych, wskazujących na skuteczne działanie tego środka przeciwko jakiejkolwiek chorobie w uprawach sadowniczych. Środek ten nie znajduje się także w wykazie środków ochrony roślin zarejestrowanych w kraju przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Jednocześnie pragnę podkreślić, że Zakład Ochrony Roślin Sadowniczych Instytutu Ogrodnictwa prowadzi ciągłe badania nad skutecznością różnych preparatów i związków pochodzenia chemicznego i naturalnego, pod kątem przydatności w ochronie upraw sadowniczych przed agrofagami. Zaraza ogniowa jest obiektem naszego szczególnego zainteresowania.

    fot. 1–5 P. Sobiczewski