Jak skrócić czas dostawy z pola na stół?

jablka market

Co prawda sezon czereśniowy powoli dobiega końca, a w sprzedaży będą pojawiać się owoce z chłodni, to warto omówić jeden z aspektów ich dystrybucji. Chodzi o porównanie sprzedaży bezpośredniej do klasycznej drogi dystrybucji, jaką przechodzi większość polskich owoców, które są później sprzedawane w dużych sieciach handlowych. W pierwszym przypadku korzysta producent i klient, w drugim natomiast najwięcej zyskuje sieć handlowa.

To, na co zwróciłem jakiś czas temu uwagę, to czereśnie odmiany Regina w sklepie sieci Biedronka w Mogielnicy. Z pozoru nic nadzwyczajnego. Dostawca, to grupa producentów Fruit Sad, która znajduje się w miejscowości Dobiecin. Z grupą zdarza mi się handlować i do jej działania nie mam zastrzeżeń.

Wspomniana grupa znajduje się jedynie 7,5 kilometra od sklepu, w którym sprzedawano polskie czereśnie. Również w porównaniu z innymi sklepami sieci są to niewielkie odległości. Prześledźmy zatem drogę, jaką musiały przebyć opisywane owoce. Jest również prawdopodobne, że czereśnie te pochodziły od sadowników z okolic Mogielnicy. Musiały jednak przebyć setki kilometrów, aby znowu móc się w Mogielnicy znaleźć.

Okoliczni sadownicy zrywali czereśnie. Dostarczyli je wieczorem do grupy. Noc spędziły w chłodni. Rano skompletowano zamówienie, załadowano ciężarówkę i wyruszyła ona do centrum dystrybucyjnego tejże sieci. Najprawdopodobniej do tego zlokalizowanego nieopodal Sieradza. Zatem czereśnie przebyły 175 kilometrów. Następnie sklep złożył zamówienie. Te same czereśnie zostały załadowane na ciężarówkę sieci handlowej i znowu pokonały 175 kilometrów. Oczywiście spędziły również kilkanaście bądź kilkadziesiąt godzin w centrum dystrybucyjnym. Sumarycznie daje to 350 kilometrów i godziny w chłodniach. Niestety, czereśnie do najodporniejszych owoców nie należą, a opisana podróż i godziny umniejszają ich ostatecznej aparycji na sklepowej półce.

Otrzymujemy zatem ciężki do oszacowania czas w chłodniach i 350 kilometrów w trasie wobec 7,5 kilometra od dostawcy do miejsca sprzedaży.

Aby sprzedaż bezpośrednia do sklepów dużych sieci handlowych działała jak należy, potrzeba dużych wyspecjalizowanych gospodarstw, które mogą zaoferować, duże jednolite partie owoców czy warzyw w określonym okresie czasu. Potrzebujemy również woli sieci handlowej do takiej sprzedaży.

Gospodarstwo takie mogłoby zaopatrywać kilka, bądź kilkanaście sklepów w najbliższej okolicy. Niekoniecznie należących wyłącznie do jednej sieci. Efektem tego, było by dostarczenie na półki sklepowe owoców (nie tylko czereśni) najpóźniej na drugi dzień od zbioru. Oszczędzamy czas, pieniądze, zużycie samochodów i tak dalej. Klient otrzymuje znacznie bardziej świeże owoce być może w niższej cenie. Wystarczy porównać opisaną wyżej machinę logistyczną  i koszty jakie generuje. Te koszty płaci zawsze ostatnie ogniwo – konsument.

Jeśli takowych gospodarstw nie mamy, jego funkcję z powodzeniem mogłaby również pełnić grupa producencka. Zamówienia ze sklepów na przykład dwóch czy trzech sieci, mogłyby być dostarczane mniejszą ciężarówką do sklepów znacznie szybciej i znacznie taniej, niż w przypadku klasycznej dystrybucji. Zwłaszcza gdy dodamy do tego inne gatunki owoców czy warzyw, kompletowane na paletach już w obiektach grup producenckich.

W drugim przypadku również zyskuje klient, który ma na półce bardziej świeże owoce. Zyskuje również grupa, która dzięki mniejszym kosztom, może oferować niższe, bardziej konkurencyjne ceny. Nie spalamy dziesiątek litrów paliwa, a lokalne produkty szybko trafiają do konsumentów. Ta pobieżna analiza bez wątpienia przynosi wiele korzyści.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here