Michrowska Piwniczka. Rodzinne gospodarstwo z ponad 200-letnią historią
W Michrowie, w gminie Pniewy, w powiecie grójeckim, Monika Szymańczak-Siemiątkowska i jej mąż Daniel Siemiątkowski prowadzą rodzinne gospodarstwo ekologiczne. Jego historia sięga ponad 200 lat. Jednak dziś Michrowska Piwniczka to nie tylko sad. Rosną tu też stare odmiany jabłoni, między innymi Antonówka, Kosztela i Malinówka, a także grusze, śliwy i czereśnie. Są maliny czerwone, żółte i czarne, jeżyny, borówki, porzeczki, truskawki, winogrona i minikiwi. Do tego warzywa, zioła oraz mniej popularne gatunki, takie jak dereń, rokitnik, oliwnik czy nieszpułka.
Gospodarze lubią eksperymentować, choć nie wszystkie uprawy spełniły ich oczekiwania. Dziś pani Monika potrafi już powiedzieć, które gatunki warto rozwijać, a których więcej by nie posadziła. Niektóre przegrywają z przymrozkami, inne okazują się zbyt pracochłonne albo trudno znaleźć na nie odbiorców. O doświadczeniach z mniej popularnymi gatunkami owoców jagodowych opowiemy szerzej w kolejnym wydaniu czasopisma Jagodowe.pl.
Dużą część zbieranych owoców i warzyw gospodarze przetwarzają na miejscu. W Michrowskiej Piwniczce powstają soki, syropy, musy, konfitury, octy, kiszonki i wiele innych produktów. Mrożą też maliny, ale nie w postaci pulpy, tylko całych owoców. Jak przyznaje pani Monika, co roku udaje im się sprzedać cały zapas.
Gospodarze suszą również jabłka i bezpestkowe winogrona. W tym sezonie po raz pierwszy zajęli się także suszeniem chmielu szlachetnego. Mają go na tyle dużo, że część chcieliby sprzedać. Pani Monika przygotowuje też kolejną nowość – w tym roku po raz pierwszy zamierza zaoferować klientom susz wigilijny z owoców suszonych, a nie wędzonych.
Ich praca została już doceniona. W 2025 roku pani Monika zdobyła pierwsze miejsce w konkursie na najlepsze gospodarstwo ekologiczne w województwie mazowieckim.
Z korporacji do ekologicznego gospodarstwa
Rodzice pani Moniki również prowadzili gospodarstwo sadownicze, ale ona sama nie od razu zdecydowała się pójść w ich ślady. Skończyła kilka kierunków studiów, pracowała zawodowo, między innymi w korporacjach. Ostatecznie wróciła na ojcowiznę i wspólnie z mężem zajęła się produkcją ekologiczną.
Jak sama przyznaje, zawsze wolała szukać własnej drogi, zamiast robić to, co wszyscy. Podobnie podeszła do prowadzenia gospodarstwa. Nie chciała produkować masowo. Zależało jej na dobrych owocach, ale też na tym, żeby samodzielnie decydować, co z nich powstanie i komu zostaną sprzedane.
– Nie muszę mieć ilości, ale muszę mieć jakość – podkreśla.
Z czasem pojawiały się kolejne przetwory, nowe gatunki i pomysły. Nie wszystko się udało. Pani Monika przyznaje, że wielu rzeczy musieli nauczyć się na własnych błędach. Przy tak różnorodnej produkcji ciągle trzeba zdobywać wiedzę, szukać rozwiązań i sprawdzać, co rzeczywiście ma sens.
W Michrowskiej Piwniczce prowadzą również warsztaty dla dzieci i dorosłych. Uczą między innymi zielarstwa, przygotowywania przetworów i tradycyjnych sposobów przechowywania żywności. Pokazują, jak wygląda produkcja ekologiczna, i przypominają metody gospodarowania, które były znane poprzednim pokoleniom.
Wyprodukować to jedno. Trzeba jeszcze znaleźć klientów
Pani Monika potrafi być bardzo stanowcza, gdy przychodzi do rozmów o cenach. Przekonał się o tym kupiec, który chciał zapłacić mniej za jej czereśnie. Nie zgodziła się na obniżkę. Zamiast oddać owoce taniej, postanowiła je przerobić. Tak powstał żywy ocet czereśniowy, który w 2023 roku zdobył Perłę w ogólnopolskim konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo – Smaki Regionów”.
Pani Monika wie, ile pracy kosztuje wyprodukowanie dobrych owoców czy przetwrzenie ich na wysokiej jakości przetwory, i nie zamierza godzić się na każdą zaproponowaną cenę. Podczas naszej rozmowy opowiedziała też o sklepie, który zachwycał się jej ekologicznymi malinami. Owoce były piękne, smaczne, a ich jakość nie budziła zastrzeżeń. Kiedy jednak przyszło do dalszej współpracy, sklep chciał, żeby obniżyła cenę aż czterokrotnie. Odmówiła. Pozostali odbiorcy kupowali maliny po ustalonej stawce, więc nie widziała powodu, aby dla jednego sklepu sprzedawać je za ułamek tej kwoty.
– Są tacy, którzy chcieliby ekologii, ale żeby była tania – zauważa nasza rozmówczyni.
Znalezienie klientów, którzy rozumieją takie podejście, zajęło wiele lat. Pani Monika i jej mąż zaczynali od kooperatyw spożywczych. Później nawiązali współpracę ze sklepami ekologicznymi, lokalnymi punktami sprzedaży i hurtowniami. Dziś mają stałych odbiorców, którzy znają ich produkty i wracają po kolejne dostawy.
Nasza rozmówczyni nie ukrywa jednak, że własne przetwórstwo nie rozwiązuje wszystkich problemów ze zbytem. Soki, konfitury czy octy też trzeba sprzedać. Trzeba znaleźć odbiorców, zdobyć ich zaufanie i zorganizować dostawy. A zanim poszerzy się ofertę, dobrze wiedzieć, czy nowe produkty w ogóle znajdą nabywców.
Produkcja ekologiczna potrzebuje wsparcia, a nie kolejnych utrudnień
Pani Monika uważa, że państwo powinno ułatwiać produkcję ekologicznej żywności, zamiast dokładać rolnikom kolejnych obowiązków. Ekologię wybrała z przekonania, a nie dla dopłat. Chce produkować zdrową żywność i sama pilnuje jej jakości. Nie rozumie więc, dlaczego prowadzenie takiego gospodarstwa musi wiązać się z tyloma formalnościami.
Najbardziej odczuwa to w sezonie, kiedy pracy w sadzie i na plantacjach jest najwięcej. Owoce trzeba zebrać i dostarczyć klientom na czas. Tymczasem dochodzą dokumenty, kontrole i kolejne obowiązki administracyjne.
Nie chodzi jej o to, żeby gospodarstw ekologicznych nikt nie kontrolował. Sama wie, jak ważna jest wiarygodność certyfikatu. Chciałaby jednak, żeby instytucje uwzględniały realia pracy rolnika, szczególnie w czasie zbiorów.
Przyznaje, że biurokracja coraz bardziej ją przytłacza. Wraz z mężem prowadzi rodzinne gospodarstwo, a oprócz upraw zajmują się przetwórstwem, sprzedażą i organizacją warsztatów. Nie mają do dyspozycji sztabu księgowych i prawników, którzy mogliby przejąć wszystkie formalności.
Pani Monika rozważa nawet rezygnację z dopłat, jeśli miałoby to ograniczyć część obowiązków. Z samej ekologii rezygnować jednak nie zamierza. To świadomy wybór i podstawa działalności Michrowskiej Piwniczki.
Nie planują powiększać gospodarstwa. Mają inne pomysły
Pani Monika i jej mąż nie zamierzają powiększać gospodarstwa za wszelką cenę. Chcą przede wszystkim rozwijać to, co już stworzyli. Pani Monice marzy się jeszcze kilka dobrych sklepów ekologicznych, z którymi mogliby nawiązać stałą współpracę. Takich, które docenią jakość produktów i nie będą przy każdej rozmowie oczekiwać jak najniższej ceny.
Chcieliby również stworzyć osobną przestrzeń do prowadzenia warsztatów i spotkań edukacyjnych. Przez lata w gospodarstwie zgromadziło się wiele starych narzędzi, urządzeń i rodzinnych pamiątek. Szkoda byłoby trzymać je wyłącznie dla siebie. Gospodarze chcieliby pokazywać je odwiedzającym i przy okazji opowiadać, jak dawniej wyglądała praca na roli.
Mają więc pomysły na kolejne lata, choć pani Monika dobrze wie, że nie wszystko da się zaplanować. Wiele zależy od pogody, sytuacji na rynku i tego, ilu klientów uda się przekonać do ich produktów.
Jednego nie chce zmieniać. Nie zamierza produkować jak najwięcej ani ścigać się o każdego odbiorcę za pomocą obniżek. Woli sprzedawać mniej, ale za cenę, która pozwala uczciwie zarobić na wykonanej pracy. Nawet jeśli czasem oznacza to, że owoce zamiast do kupca trafią do przetwórni w rodzinnym gospodarstwie.
Więcej o Michrowskiej Piwniczce, jej historii oraz doświadczeniach pani Moniki z uprawą mniej znanych gatunków przeczytacie w kolejnym wydaniu czasopisma Jagodowe.pl i MPS SAD.
