Trzecie pokolenie sadowników na Podlasiu
Dziś „jedziemy” na południowe Podlasie. Jest tu co nieco sadów, ale okolicy między Białą Podlaską a Janowem Podlaskim nie można nazwać zagłębiem sadowniczym. Pan Piotr Stefaniuk jest trzecim pokoleniem sadowników, a jego dziadek rozpoczął tę uprawę w 1976 roku. Ma troje dzieci i ma nadzieję, że któreś z nich przejmie sady i tłocznię.
Nasz rozmówca – razem z tatą – gospodaruje dziś na 30 hektarach. Oprócz jabłek uprawiają też grusze, porzeczki czy aronię. Jeśli chodzi o jabłka, to dzielone są na trzy sorty. Pierwszy to jabłka deserowe, które trafiają do chłodni z kontrolowaną atmosferą. Następnie zrywane owoce drugiej klasy trafiają do tłoczenia soków. Są jeszcze jabłka zbierane z ziemi (przemysłowe), które kierowane są do produkcji koncentratu w zewnętrznej przetwórni.
– W tamtym roku przymrozki znacznie bardziej nas dotknęły. Z 90 arów sadu zerwałem pół skrzyniopalety jabłek. Tej wiosny też je notowaliśmy, ale nie były aż tak niszczycielskie – opowiada sadownik i przetwórca. Jak dodaje, w ubiegłym sezonie do produkcji soków trafiło 60% wszystkich jabłek z gospodarstwa. W tym sezonie będzie to około 40%.
Zdecydowali się na tłocznię
Do 2018 roku gospodarstwo jedynie produkowało owoce i sprzedawało je na świeżo. Pamiętny rok „klęski urodzaju” był głównym impulsem do założenia tłoczni.
– Na początku były to wyłącznie soki jabłkowe, potem kolejne mieszanki smaków. Następnie sukcesywnie przybywało soków z innych owoców oraz z warzyw. Dziś największym hitem sprzedaży jest sok z kiszonych buraków – opowiada Piotr Stefaniuk.
Obecnie w tłoczni na stałe pracują 4 osoby, a okres zbiorów jest dla naszego rozmówcy najbardziej pracowitym czasem w roku, ponieważ, jak komentuje, najlepiej byłoby, gdyby mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. Nawet bez posiadania tłoczni pracy w gospodarstwie nigdy nie brakowało, jednak bohater naszej historii nie żałuje decyzji, którą podjął osiem lat temu.
Marketing musi być
Równolegle do pracy w sadzie i tłoczni przez cały rok trwa sprzedaż i marketing. Przedsiębiorca ma swój sklep internetowy i profil na portalu Allegro. Prowadzi konta na Facebooku, Instagramie i TikToku. Zadań jest tak dużo, że do promocji zatrudnił lokalną agencję marketingową.
– Jeśli chodzi o rolki, posty, zdjęcia i filmy, to jest to masa mozolnej pracy, która może wydawać się zbędna, prosta czy przyziemna. Nie zauważam, żeby po konkretnych działaniach sprzedaż skokowo rosła. Wiem, że w dzisiejszych czasach to konieczne i będziemy to robić. Będziemy konsekwentnie budować rozpoznawalność i markę – podsumowuje nasz rozmówca.
