StoryEditor

Jak wielka polityka odbija się na produkcji i sprzedaży polskich jabłek?

Data:  24 styczeń 2022Autor:
24 styczeń 2022

Utrata rosyjskiego rynku owoców pokazała jak bardzo polskie sadownictwo było od niego uzależnione. A blokada granicy z Białorusią tylko pogłębia kryzys. Co zrobić, żeby znaleźć nowe rynki zbytu?

Utrata rosyjskiego rynku owoców pokazała jak bardzo polskie sadownictwo było od niego uzależnione. A blokada granicy z Białorusią tylko pogłębia kryzys. Co zrobić, żeby znaleźć nowe rynki zbytu?

Jak rynek wschodni wpływał na polską produkcję jabłek? 

Do tej pory było tak, że niemal każde gospodarstwo sadownicze produkowało jabłka deserowe zarówno na rynek krajowy, jak i na eksport, jednocześnie całą nadwyżkę odstawiając do przetwórstwa. Taka wszechstronność przez wiele lat się sprawdzała, ponieważ nasz dobór odmian z reguły był akceptowany przez rynek krajowy oraz rynek wschodni, który był głównym odbiorcą naszego eksportu. Również przemysł przetwórczy dostrzegał zalety naszych jabłek, które były znacznie kwaśniejsze niż te produkowane w krajach zachodnich. W dodatku środki produkcji i koszt robocizny były na znacznie niższym poziomie niż obecnie. Przy kilkunastoprocentowym bezrobociu nie było też problemów z pozyskaniem pracowników. Wspomniane czynniki powodowały, że produkcja jabłek zazwyczaj była atrakcyjna finansowo i ciągle się rozwijała.

Jak przez lata zmieniał się rynek polskich jabłek?

W tzw. międzyczasie wiele się jednak pozmieniało. Przemysł przetwórczy został zdominowany przez niemiecki kapitał, podrożały środki produkcji i koszty pracy, a gospodarstwa mają coraz większy problem z pozyskaniem siły roboczej. Straciliśmy też możliwość legalnego eksportu do Rosji.
Możemy śmiało powiedzieć, że na początku obecnego stulecia mieliśmy dobór odmian świetnie dopasowany do ówczesnych potrzeb rynkowych. To, że utraciliśmy rynek rosyjski nie jest winą polskich sadowników.
Jednak dopiero strata rynku rosyjskiego uświadomiła nam, że pod względem eksportu od tego rynku się uzależniliśmy. Okazało się, że kraje zachodnie nie podchodzą entuzjastycznie ani do naszego doboru odmian, ani do naszych standardów jakości, w dodatku – wbrew powszechnej opinii o tzw. wolnym rynku – potrafią bronić swoje rynki przed konkurencją z naszej strony. Nie ma więc mowy o wyeksportowaniu takiej ilości jabłek jak to bywało wcześniej.

Czy poprawa jakości będzie ratunkiem dla producentów jabłek

Aby dostosować się do nowych warunków oraz zwiększyć konkurencyjność wielu sadowników podjęło wyzwanie poprawy jakości jabłek przy jednoczesnym zwiększeniu wydajności naszych sadów, bo to bezpośrednio przekłada się na zmniejszenie kosztów jednostkowych. Oprócz modelu sadów modernizacja dotknęła też doboru odmian – bo bez tego trudno mówić o poszukiwaniu nowych rynków zbytu.

Ciężko zmienić tradycyjne podejście do produkcji jabłek

Oczywiście – nie wszyscy sadownicy chcieli zmieniać swój warsztat i podejście do produkcji. Wielu uważa, że normy jakościowe odnośnie jabłek eksportowanych np. na rynek północnej Afryki są zbyt wyśrubowane, produkcja odmian poszukiwanych przez tamtejszych odbiorców jest dość trudna. Nadal więc pozostają przy produkcji dostosowanej do rynku krajowego i eksportu do tych krajów, które nadal akceptują nasze odmiany i mniej „czepiają się” jakości. Ale rynek krajowy ma bardzo ograniczoną chłonność (ok. 800 tys. ton), a kraje skłonne odbierać od nas Ligola, Idareda lub Glostera chcą po prostu tanich jabłek – a na tym trudno zarobić. Czym to może skutkować? Głównie tym, że ogromna ilość jabłek deserowych, które wcześniej trafiały na eksport, musi trafić na rynek krajowy lub do przetwórstwa. Choć sporadycznie trafiają się wyjątkowe sytuacje (jak np. wiosną 2020 r.), rynek krajowy najczęściej i tak jest już przesycony i raczej nie da się na rynku o objętości 0,8 mln ton upchnąć jeszcze dodatkowo 1 mln ton. Konsekwencją tego jest problem ze sprzedażą jabłek dobrej jakości odmian, które są dobrze dopasowane do wymagań naszych krajowych odbiorców. Z takiej sytuacji cieszą się tylko niemieckie zakłady przetwórcze i taki układ dobrze się wpisuje w ich strategię – rzekłbym nawet: w całą niemiecką strategię.

Czy programy pomocowe zaszkodziły czy pomogły sadownikom? 

Wejście do Unii Europejskiej pozwoliło sięgnąć po unijne fundusze, ale ich wykorzystanie zazwyczaj wiąże się z jednoczesnym zaciąganiem kredytów, które później potrafią drastycznie wpłynąć na płynność finansową. Pojawiły się więc pierwsze bankructwa i licytacje komornicze, bo koszty założenia i prowadzenia sadu ciągle rosną, a dochodowość systematycznie spada.
Programy pomocowe dla sadowników niestety bardziej nam chyba zaszkodziły niż pomogły, bo ulga jeśli była, to była chwilowa, a negatywne skutki będą trwały jeszcze długo. Przekazanie jabłek na banki żywności (pomijając patologie, które się przy tym wytworzyły) nie zdjęło z rynku nadwyżki produkcji, a jedynie ją przesunęło od producentów do części konsumentów na koszt państwa. Gdyby te owoce przetworzyć np. na alkohol, byłoby to rzeczywistym zdjęciem nadprodukcji z rynku i wspomogłoby jego stabilizację. Program propagowania spożycia jabłek wśród młodzieży szkolnej wydawał się być jak najbardziej słuszny, jednak sposób jego wykonania przyniósł efekt odwrotny od zamierzonego i raczej utrwalił wśród dzieci przekonanie, że nie lubią jabłek. Nic dziwnego – do szkół dostarczano owoce mające różne wady, ale przede wszystkim niesmaczne, które powinny trafić na taśmę jako surowiec. Nie wykształcimy wśród młodzieży dobrych nawyków, wciskając im odpad produkcyjny – w ten sposób sami podcinamy gałąź, na której siedzimy i to na wiele lat, bo to pokolenie konsumentów będzie dla naszej branży w dużej mierze już stracone.

Wspólna odpowiedzialność urzędników i producentów jabłek

Kredyty klęskowe i różne unijne programy wsparcia służyły odbudowie potencjału produkcji, modernizacji gospodarstw, ale nie kładły nacisku na dostosowanie produkcji do nowej sytuacji rynkowej. I tu należy uderzyć się w piersi, bo niedostrzeganie lub ignorowanie narastających problemów było dla wielu z nas wygodne. Możemy też mieć pretensje do urzędników, którzy opracowywali te programy, ale nie zapominajmy też o naszej współodpowiedzialności, bo przecież urzędnicy nie kazali nam zakładać nowych sadów, ani sadzić odmian, które można sprzedać tylko na polskim rynku lub wyeksportować na rynek, który już przestał dla nas istnieć – te decyzje podejmujemy sami.
Unijni urzędnicy dali nam pod tym względem swobodę, ale wielu z nas dostrzega, że ta unijna pomoc w większości bardziej sprzyjała interesom zakładów przetwórczych niż naszym. Szkoda, że często bardziej naszą ambicją jest pozyskać fundusze pomocowe niż dobrze zaplanować inwestycje i przewidzieć ich konsekwencje.

Strategia kluczowym elementem rozwoju rynku polskich jabłek

Decyzja o pozostaniu przy starej technologii produkcji i starych odmianach wcale nie musi być mniej ryzykowna od podjęcia nowych wyzwań. Brak działania również tworzy konsekwencje. Pamiętajmy, że im bardziej zostaniemy w tyle, tym trudniej będzie nam dołączyć do peletonu, a jeszcze bardziej do czołówki wyścigu. Bierność z natury nie pozwala stanąć na podium zwycięzców.


Autor: Mgr inż. Zbigniew Marek
Fot: Natalie Grainger on Unsplash
Wstęp i śródtytuły pochodzą od redakcji "Sadu Nowoczesnego
23. kwiecień 2026 15:57