Rosyjskie embargo sprawiło, że polskie sadownictwo zaczęło się zmieniać. Dziś spotkamy się z opiniami, że białoruskie embargo jeszcze bardziej przyspieszy ten proces i wreszcie przestaniemy mentalnie tkwić w latach 90-tych. Takiego zdania jest nasz rozmówca.
Niemal od dwóch tygodni jednym z głównych tematów w branży sadowniczej jest białoruskie embargo. Jak na każdą inną sprawę, również na to zagadnienie można patrzeć dwojako. Zaczynając od naszej (ponoć) narodowej cechy – narzekania, możemy krytykować nasz czy białoruski rząd, samego Łukaszenkę i na zapas "psuć sobie głowę" tym, ile jabłek nie sprzedamy, albo co z tymi wszystkimi jabłkami zrobimy? Zdaniem naszego rozmówcy embargo nie powinno urastać do poziomu narodowej tragedii, ponieważ nie jest dziś nawet w jednej piątej tak istotne, jak rosyjskie embargo sprzed 7 lat.
Można by znowu napisać, jacy to jesteśmy biedni i jak będzie źle… Niemniej każda sytuacja daje impuls do zmian, rozwoju i szukania sposobów na wyjście z zaistniałej sytuacji. Takiego zdania jest między innymi pan Bartosz Paciorek, który handlem jabłkami zajmuje się od wielu lat. Równocześnie prowadzi też gospodarstwo sadownicze, co pozwala szerzej patrzeć na zmiany rynku.
– To dobrze dla nas, a nie dla Białorusi, bo będziemy się wreszcie mogli skupić na wielu stabilnych rynkach na całym świecie: w Europie, Azji, Afryce, a nawet w Ameryce – kontynuuje Bartosz Paciorek. Warto w tym miejscu dodać, że w skali całego kraju to Białoruś ma dziś większy problem, żeby poradzić sobie z długofalowymi skutkami sankcji. Czy my musimy swój biznes opierać na współpracy z takimi państwami, które jedną decyzją odcinają nas od rynku? Powinniśmy wyciągać wnioski z embarga rosyjskiego, a teraz białoruskiego i szukać gdzie indziej dobrych, trwałych relacji.
– Te same cechy, które pomogły nam w rozwoju sadownictwa w Polsce, pod reżimem komunistycznym, czyli indywidualizm, skłonność do ryzyka, elastyczność czy rywalizacja, teraz są głównym hamulcem i przyczyną piekła, które sami sobie teraz fundujemy –opowiada zaznaczając, że gdy ktoś przestaje się rozwijać to zaczyna się cofać. Ciągle jako branża żyjemy wspomnieniami czasów, kiedy rynek jabłek był niezaspokojony. Te czasy już nie wrócą!
Niestety nadal prawdziwe jest stwierdzenie, że "sadownik sadownikowi wilkiem". Stopień zrzeszenia naszej branży nadal jest zbyt mały, abyśmy mogli naszym (jednolitym) głosem wpływać czy to na krajowych odbiorców czy na polityków – musimy przede wszystkim zacząć współpracować na naszym podwórku, a nie się wzajemnie opluwać. Taka sadownicza “praca u podstaw” – dodaje.
Co więcej nasz rozmówca jest zdania, że musimy bardziej skupiać się na tym czego chcą konsumenci czy to w Polsce, czy za granicą. – Przestańmy im wmawiać, że najlepszy na świecie jest Idared – kontynuuje, zwracając uwagę, że sadownicy w Polsce są w stanie wyprodukować najbardziej poszukiwane odmiany w pożądanej przez odbiorców jakości.
Podsumowując, można wszystko streścić to starego powiedzenia, że “szklanka jest do połowy pusta, albo do połowy pełna”. Pierwsza część powiedzenia będzie zatem rozpaczaniem nad utratą jednego z rynków zbytu. Druga zaś znajduje ciekawe potwierdzenie w danych statystycznych. Otóż w tym roku eksport na Białoruś to (tylko) 13,5% wszystkich wyeksportowanych z Polski jabłek…

