Mamy 10 maja, jabłonie jeszcze nie zakwitły, a do zbiorów jeszcze bardzo długa droga. Tymczasem niektórzy eksporterzy już zwiastują rekordowe plony. Zdaniem sadowników jest to oczywiste działanie przeciw nim i "wróżenie z fusów".
Do sadowniczych "żniw", czyli września i października jest jeszcze bardzo długa droga. Sady dopiero zaczynają kwitnąć. Nie wiadomo, jaki rozwój zawiązków, a następnie owoców będziemy obserwować. Wielu sadowników jest przekonanych o bardzo obfitym opadzie czerwcowym w związku z przemrożonymi podstawami paków. Nie wiemy, czy dalsza część sezonu będzie sprzyjała produkcji.
Z drugiej stron,y nie można też wykluczyć zbiorów na wysokim poziomie. Jednak z takimi opiniami należy się wstrzymać co najmniej do września. Niemniej, nawet stosunkowo duże plony nie muszą oznaczać niskich cen w przypadku wielokrotnie nawiedzanych przez przymrozki zagłębi sadowniczych na zachodzie Europy.
Równocześnie na łamach zachodniego portalu branżowego freshplaza.com jeden z polskich eksporterów wypowiada się o tym, że dobra pogoda może przełożyć się na bardzo duże plony. Co ciekawe, w kontekście tegorocznych, rekordowo dużych plonów, użyto stwierdzenia "z pewnością".
Z pewnością jest zbyt wcześnie żeby cokolwiek prognozować. Zarówno, jeśli chodzi o wpływ niezwykle niskich temperatur w styczniu i w lutym, poprzez odsetek uszkodzeń po przymrozkach, kończąc na tym, jakie ilości jabłek zbierzemy tej jesieni.
Artykuł jest komentowany w ostrych słowach przez najbardziej zainteresowanych - sadowników. Mówi się wprost o "wróżeniu z fusów", "spekulacjach" i "działaniu na niekorzyść producentów". Zdaniem producentów jest to oczywiste działanie mające na celu obniżenie cen w nadchodzącym sezonie oraz utrwalenie hermetyzacji polskiego rynku jabłek deserowych.

