W gospodarstwach, w których żyją i pracują dwa pokolenia, nierzadko obserwujemy zupełnie odmienne podejście do tematu przymrozków. Wynika to rzecz jasna z realiów, które były i które są.
Starsi wyglądają urodzaju, młodsi przymrozku
Ci sadownicy, którzy zajmowali się produkcją jabłek jeszcze w latach 80-tych kojarzą przymrozek z ryzykiem utraty dużych pieniędzy. Wówczas na rynku nie notowaliśmy nadwyżek, a sprzedaż była zazwyczaj szybka i bezproblemowa. Przy większych areałach i wyższej wydajności dochody pozwalały na bardzo duże inwestycje. Zatem 40 czy 50 lat temu, każdy kilogram jabłek był dosłownie na „wagę złota”.
Jednak co najmniej od dekady rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Po pierwsze produkcja w Polsce znacząco wzrosła. Po drugie nie eksportujemy na rynek rosyjski, który nierzadko określany był mianem rynku „bez dna”. Ponadto rosła i nadal rośnie produkcja jabłek na wschodzie, a także w odleglejszych częściach świata. Dochodowość produkcji w Polsce znacząco spadła.
Ci, którzy gospodarują w takich realiach mają już zupełnie inne podejście do przymrozków. Skoro widzą większe dochody i możliwości inwestycji po sezonach z mniejszym plonowaniem to nie dziwi, że nie „wyglądają” urodzajnych lat, tylko przymrozków. Skoro urodzajny sezon to wielogodzinne kolejki na skupach i przesadne wymagania dla jabłek deserowych po 1,20 zł/kg to może lepszy przymrozek? Wiele z powyższych zagadnień to w dużej części pokłosie niestabilnego rynku w Polsce.
Granica jest bardzo cienka
Chociaż mróz jest nieco bardziej „sprawiedliwym” kataklizmem niż gradobicie, o ile w ogóle można tak powiedzieć to nadal niektórych karze bardziej niż innych. Jeden sadownik w takim sezonie zarobi na utrzymanie rodziny, odtworzenie produkcji, nowy ciągnik i nową kwaterę jabłoni, a drugi ledwie zdoła się utrzymać.
Przymrozkom towarzyszy ta specyficzna, bardzo cienka granica. Ta różnica to czasem 2 stopnie Celsjusza mniej lub dwie godziny dłuższy przymrozek. Obniżenie plonu o połowę przy znacznie wyższych cenach to dobre wyniki finansowe. Zwłaszcza na niestabilnym polskim rynku. Jednak gdy z każdego hektara zbierzemy tonę wiśni lub tonę porzeczek to nawet ubiegłoroczne ceny skupu nie będą żadną rewelacją...
Najprościej byłoby powiedzieć, że konieczne jest ograniczenie produkcji. Doskonale wiemy, że notujemy coraz więcej ekstremalnych zjawisk pogodowych. A może już dziś żyjemy w czasach, w których musimy mieć tak duży potencjał, żeby po kataklizmach zaspokoić potrzeby rynku?

