Mamy to! Na rynku w Broniszach oferowano wczoraj pierwsze w tym sezonie partie Pirosa. Są zwolennicy i zagorzali przeciwnicy tak wczesnego zbioru, ale kto ma rację?
Można powiedzieć, że niechlubna tradycja „kto pierwszy, ten lepszy” ma się w przypadku Pirosa bardzo dobrze. Zdążyliśmy się przyzwyczaić, że pierwsze partie, w przypadku których przyspieszono dojrzewanie, trafiają do sprzedaży już w drugiej połowie lipca. To, że tak jest od lat, nie oznacza równocześnie, że to coś dobrego. Wczoraj i dziś sadownicy sprzedawali Pirosa za około 7,00 zł/kg (100 zł/skrzynka).
Temat co roku jest zdecydowanie krytykowany przez sadowników. Działa tu bowiem prosty mechanizm. Sadownik skuszony wyższą ceną za pierwsze partie, decyduje się na zbiór. Owoce trafiają do sklepów i na bazary. Co dostaje konsument? Tu potocznych określeń nie brakuje. Mówi się, że Piros w lipcu to „trawa”, „zielenizna” czy „wata”. Jedno jest pewne. Na pewno nie jest to smak, który nie zachęci konsumenta do kolejnego zakupu jabłek w najbliższym czasie.
Sprzedający „zielonego” Pirosa wychodzą z założenia, że czekanie aż dojrzeje nie ma sensu, bo wtedy sprzedadzą go 30 czy 50% taniej. Z tego punktu widzenia bezsprzecznie mają rację. Jednak z drugiej strony ich podejście do biznesu może wydawać się samolubne i szkodzące ogółowi.
Równocześnie zwolennicy wolnego rynku twierdzą, że to wina kupujących, bo przecież jeśli nikt nie kupiłby niedojrzałego Pirosa, nikt nie dostarczałby go na rynek. Przeciwnicy „odbijają piłeczkę” i twierdzą, że nikt nie kupiłby zbyt wcześnie zerwanych jabłek, gdyby nikt ich nie dostarczył na rynek... Kto w tym sporze ma rację?

