Trzy infekcje w krótkim czasie
Zdaniem doradcy bardzo niebezpieczny był sam układ pogody. W krótkim czasie pojawiły się trzy infekcje, najczęściej związane z opadami z 8, 13 i 16 maja. Skala zagrożenia różniła się między rejonami, ale problem był wspólny – zarodników wciąż było dużo, a deszcz był pierwszym poważniejszym sygnałem do ich wysiewu.
Nie wszędzie musiały to być duże opady. W części sadów wystarczyło około 5 litrów deszczu, by doszło do infekcji. Nie był to poziom, który musiał zmywać wcześniej naniesione preparaty, ale wystarczył, by zagrożone były świeżo przyrastające tkanki, które nie były jeszcze zabezpieczone.
Jak podkreśla dr Krzysztof Gasparski, część zarodników oczywiście wcześniej obumarła, bo mieliśmy przecież suszę, ale te, które doczekały opadów, występowały w dużej liczbie. To właśnie dlatego majowe infekcje trzeba oceniać bardzo poważnie.
Zarodników jest mniej, ale problem jeszcze się nie skończył
W ocenie doradcy ten okres zdecydowanie przyspieszył wyczerpywanie się puli zarodników workowych. Jeśli w najbliższych dniach będą powtarzały się warunki sprzyjające wysiewom, to na przełomie maja i czerwca duża część zarodników i tak powinna być już wysiana. To dobra wiadomość, ale nie zmienia faktu, że w ostatnim czasie ochrona była bardzo intensywna.
Nie chodzi już tylko o samą ochronę kontaktową. Potrzebna była także rotacja rozwiązań i szybkie reagowanie między kolejnymi opadami. Problem polega na tym, że nawet przy zabiegach wykonywanych co 3–4 dni pełnej pewności dziś nie ma.
O skuteczności zabiegów decydowały warunki, a nie tylko termin
Jak wyjaśnia dr Krzysztof Gasparski, największy problem polegał na tym, że warunki do działania preparatów nie były dobre. W części rejonów ostatnia infekcja była związana z opadami sięgającymi 40–50 litrów na metr kwadratowy. To oznacza, że trudno mieć pewność, jak zachowało się to, co wcześniej naniesiono na drzewa.
Z drugiej strony także działanie interwencyjne było obarczone ryzykiem. Przy nowszych rozwiązaniach nie zawsze podawany jest wyraźny zakres interwencji liczony wstecz, więc sadownik nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jak dany produkt zachowa się w tak trudnym układzie pogody. Przy starszych rozwiązaniach dochodzi jeszcze problem odporności.
Część sadowników wybierała rozwiązania oparte na pirymetanilu, inni sięgali po triazole, głównie difenokonazol. Teoretycznie obie drogi miały uzasadnienie, ale strategia nie była idealna do działania triazoli ze względu na zbyt niskie temperatury, a pyrymetanil stosowany pod rząd to także kiepska strategia dla skutecznej interwencji.
Duży deszcz nie zawsze pomaga, a po nim często nie da się wjechać
Doradca zwraca uwagę, że w rejonach z bardzo dużymi opadami część zarodników mogła zostać po prostu spłukana z liści, zanim doszło do infekcji. To mogło działać na korzyść sadów. Taki scenariusz dotyczył jednak tylko miejsc, gdzie deszczu było naprawdę dużo.
W takich przypadkach pojawiał się inny problem – brak możliwości szybkiego wykonania kolejnego zabiegu. W jednych sadach ciągniki grzęzły, w innych na wzniesieniach sprzęt był ściągany przez mokre stoki. To wymuszało odłożenie zabiegu na kolejny dzień, a przy takim układzie infekcji każdy dzień miał znaczenie.
Nawet częste zabiegi nie dają dziś pełnej pewności
Jak zauważa dr Gasparski, układ wielu czynników sprawił, że nie dałby dziś pełnej gwarancji nawet tym sadownikom, którzy wykonywali zabiegi co 3–4 dni. Układ pogody, duża liczba zarodników, niska temperatura i różna intensywność opadów, a także przyrost zielonej i niezabezpieczonej tkanki roślin, sprawiły, że skuteczność ochrony w wielu sadach nadal stoi pod znakiem zapytania. Po prostu warunki wyjątkowo utrudniały skuteczną ochronę.
Czy ochrona powiodła się w pełni? O tym przekonamy się już niebawem.
W kwaterach ze słabym plonem też nie wolno odpuszczać
Co zrobić w kwaterach, gdzie po przymrozkach zawiązków jest bardzo mało? Czy dalej chronić sad przed parchem, skoro plonu prawie nie będzie? Takie podejście doradca uznaje za błędne. Powód jest prosty – jeśli sad zostanie mocno porażony, odbije się to nie tylko na tym sezonie, ale także na kondycji drzew i potencjale plonowania w przyszłym roku. A jeśli dodatkowo wpuścimy do sadu mączniaka, który nie opadnie z liśćmi, a zostanie na pędach, to już dramat.
Dr Gasparski przypomina, że w trudnych latach zdarzały się sady tak silnie porażone parchem, że już w lipcu traciły liście. To oznacza osłabienie pąków i dużo gorszy start do kolejnego sezonu.
Nawet tańsza ochrona nadal ma sens
W takich kwaterach chodzi o utrzymanie sadu w dobrej kondycji. Dlatego, jak ocenia doradca, nadal warto prowadzić ochronę rozwiązaniami mniej kosztownymi, choćby nawozowymi opartymi na węglanach i wodorowęglanach. Jego zdaniem intensywne ograniczanie źródeł infekcji i dalsze zabezpieczanie liści powinno być kontynuowane właśnie z myślą o przyszłym roku.
