Ile razy, będąc za granicą, widzieliśmy małe stoliki ustawione przy gospodarstwach? Owoce leżały bez sprzedawcy, obok była informacja o cenie i miejsce na pieniądze. Bierzesz, płacisz i jedziesz dalej. Nieraz zastanawialiśmy się, czy coś takiego mogłoby udać się również w Polsce.
Jak się okazuje – mogłoby. I to z bardzo dobrym skutkiem.
Na taki pomysł wpadło gospodarstwo sadownicze Sad Skrzeszewo. Nieopodal drogi ekspresowej S6 koło Koszalina, w Skrzeszewie, stanął stary, duży drewniany wóz z dobudowanym dachem. Dojechać można tam, zjeżdżając z drogi krajowej nr 11 w Słowienkowie. Wóz pełni dziś funkcję samoobsługowego punktu sprzedaży jabłek i gruszek.
Bierzesz worek i sam płacisz
Nie ma tu pracownika, kasy ani wagi. Klient bierze przygotowany worek jabłek i sam zostawia 30 zł w skarbonce albo płaci przelewem na telefon BLIK. Nikt nie stoi obok i nie sprawdza, czy pieniądze rzeczywiście trafiły do skarbonki. Wszystko opiera się na zaufaniu.
Rozmawiamy z Damianem Andrzejewskim, synem właściciela gospodarstwa. Pytamy, czy nie obawiali się, że przy sprzedaży opartej wyłącznie na zaufaniu część osób po prostu nie zapłaci.
– Były jakieś obawy, ale wierzymy w ludzi. Raz zdarzyło się, że przez noc zniknęło kilka worków jabłek bez zapłaty, ale to pojedyncza sytuacja. Ludzie są bardzo uczciwi. Czasami pieniędzy jest nawet więcej, niż powinno być – mówi. Tylko dla bezpieczeństwa skarbonka jest opróżniana przed zmrokiem.
Na początku schodził jeden czy dwa worki
Początki były spokojne. Jednego dnia sprzedawał się jeden worek, innego dwa lub trzy. Z czasem punkt zaczął jednak zdobywać coraz większą popularność. Co szczególnie cieszy gospodarzy, ludzie przyjeżdżają również z okolicznych miast właśnie po to, aby kupić owoce bezpośrednio od lokalnego sadownika.
Obecnie można kupić gruszki Konferencja i Klapsa oraz jabłka Szampion i Bohemia. Wraz z postępem zbiorów mają pojawiać się kolejne odmiany. Damian Andrzejewski zaprasza wszystkich, którzy chcą spróbować owoców bezpośrednio z gospodarstwa.
Jest jednak również mniej przyjemna strona tej historii. Zdarzają się osoby, które zamiast skorzystać z samoobsługowego punktu, wchodzą do sadu od strony lasu i zrywają jabłka oraz gruszki bez pozwolenia. A jednak kiedy przy wozie dzień po dniu ludzie biorą owoce i uczciwie zostawiają pieniądze, trochę wraca wiara w ludzi.
Nie trzeba od razu inwestować w jabłkomat
Jeśli mówimy o krótkim łańcuchu dostaw i sprzedaży bezpośredniej, punkt w Skrzeszewie jest jednym z najprostszych przykładów, jak można to zrobić. Sadownicy nie zdecydowali się na nowoczesny, stalowy jabłkomat. Wybrali stary drewniany wóz, który został odpowiednio przygotowany i przystrojony. Ma swój charakter, nawiązuje do gospodarstwa, lokalności i tradycji.
Nie oznacza to, że nowoczesne jabłkomaty są zbyt drogie czy niepotrzebne. Dla części gospodarstw będą bardzo dobrym rozwiązaniem. Jednak przy mniejszej skali sprzedaży koszt takiej maszyny może być po prostu zbyt duży. Drewniany wóz spełnia dokładnie tę samą podstawową funkcję, a przy okazji sam swoim wyglądem przyciąga uwagę.
Lokalizacja też robi swoje
Znaczenie ma również miejsce. Sad Skrzeszewo znajduje się kilka kilometrów na zachód od Koszalina. Niedaleko jest morze, a przez okolicę w sezonie przewija się wielu turystów. Nie ma tu również dużego zagłębia sadowniczego ani wielu gospodarstw oferujących jabłka bezpośrednio konsumentom. Lokalna produkcja, ruch turystyczny i bliskość Koszalina dają więc dobre warunki do takiej sprzedaży.
Ale w tej historii chyba nie lokalizacja jest najciekawsza.
Najciekawsze jest to, że każdego dnia przy drodze stoją owoce, obok znajduje się skarbonka, a sprzedawcy nie ma. Klient może zapłacić albo nie.
I zdecydowana większość płaci.
