Pierwsze wiśnie Przemysław Kapka posadził jeszcze na studiach, ponad 20 lat temu. Jak mówi, wtedy przede wszystkim czytał, słuchał innych i korzystał z dostępnych doświadczeń. Z czasem coraz większą rolę zaczęły odgrywać własne obserwacje.
Jego pierwsze nasadzenia należały do jednych z pierwszych sadów przygotowanych z myślą o mechanicznym zbiorze wiśni za pomocą kombajnu całorzędowego. Zanim zapadła decyzja, gospodarstwo odwiedziło Instytut Ogrodnictwa w Skierniewicach, gdzie oglądano kombajn powstały we współpracy z firmą Weremczuk. To właśnie wtedy zapadła decyzja, żeby nowe kwatery prowadzić pod taki sposób zbioru.
Początkowo gospodarstwo korzystało z kombajnu do malin. Przy młodych, jeszcze niewysokich drzewach rozwiązanie się sprawdzało. Po dwóch latach przyszła jednak pierwsza poważna modernizacja – zmieniono wysokość maszyny, skręt, sposób podawania owoców oraz wentylatory i system odwiewania zanieczyszczeń. Przez kolejne lata modyfikacji przybywało. W końcu zapadła decyzja, żeby dotychczasowy kombajn – jak obrazowo mówi nasz rozmówca – „pociąć na żyletki” i zbudować go praktycznie od początku.
Cel był następujący: szybszy zbiór i wyeliminowanie dodatkowych przejazdów podczas pracy. Wcześniej zdarzało się, że podczas przejazdów przypadkowo otrząsane były wiśnie z sąsiednich rzędów. Obecna maszyna mieści jednocześnie dziesięć kistenów, co wystarcza na przejazd przez cały rząd.
Po tegorocznym sezonie pojawi się jeszcze kilka poprawek. Do poprawienia jest elektryka, wzmocnienia wymagają windy, bo zastosowany wcześniej materiał okazał się zbyt delikatny przy drganiach i pełnych kistenach. Do tego dochodzą drobniejsze zmiany w uszczelnieniach oraz kształcie i długości elementów, którymi przemieszczają się owoce. Niemniej, kombajn sprawdza się bardzo dobrze.
Dlaczego wiśnie dostały rusztowanie?
Właśnie sposób zbioru był jednym z powodów, dla których w sadzie zaczęto tak dużą wagę przykładać do wyprowadzenia przewodnika. Przy kombajnie przejeżdżającym nad całym rzędem drzewo powinno mieć określony kształt, a w przypadku Łutówki nie zawsze przychodzi to łatwo. Problem pojawiał się już w pierwszych nasadzeniach. Przewodniki potrafiły odchylać się na boki, a kilkuletnie drzewo zamiast dalej budować wysokość, zaczynało się obniżać. Można oczywiście taki przewodnik mocno skrócić i wyprowadzać kolejny, tylko że to kosztuje czas i plon. Dlatego najpierw pojawiły się proste podpory, a później coraz trwalsze konstrukcje.
Rusztowanie pozwala utrzymać przewodnik i prowadzić młode drzewo do góry bez mocnego cięcia. Gdy przewodnik jest dobrze widoczny, prościej zdecydować, które pędy zostawić, a które usunąć. Łatwiej też objaśnić pracownikowi sposób cięcia. Sadownik stawia raczej na mniej intensywne cięcie, które – jak ocenia na podstawie własnego sadu – daje mu wyższe plony.
Jeden drut, bambusowa tyczka i około 12 tys. zł na hektar
Sama konstrukcja nie jest skomplikowana. W gospodarstwie stosowane są słupy betonowe albo metalowe rurki, jeden drut oraz bambusowe tyczki o długości około 2,95 m. Przez pierwsze trzy–cztery lata młode drzewka są do nich podwiązywane i prowadzone do góry.
Jak wyjaśnia pan Przemysław, w nowej kwaterze wykorzystał metalowe rurki o długości 3,30 m i ściance grubości około 3 mm. Kombajn ma prześwit prawie 3,70 m, więc nad tyczkami zostaje jeszcze sporo miejsca i rusztowanie nie przeszkadza podczas przejazdu.
Jedna rurka kosztuje około 30 zł. Po doliczeniu drutu, kotew, zapinek i pozostałych elementów cała konstrukcja wychodzi około 12 tys. zł/ha. Montaż również da się zrobić dość sprawnie. Trzy osoby są w stanie ustawić słupki i rozciągnąć drut na hektarze w ciągu około 10–12 godzin. Montaż tyczek zajmuje około pięciu godzin. Przy pracy zaangażowane są trzy osoby – kierowca ciagnika oraz dwie osoby pracujące na platformie. Później zostaje już podwiązywanie drzewek, na które jedna osoba potrzebuje około dwóch dni roboczych na hektar.
Obecny system powstał na bazie wieloletnich doświadczeń. W pierwszych sadach stosowano zwykłe listewki. Później pojawiały się różne tyczki – drewniane i metalowe. Problem wyszedł podczas jednej z wichur. Drzewa były mocno obłożone owocami i część z nich "położyła się" razem z podporami. Stało się to przed samym zbiorem. Trzeba było ponownie stawiać podpory, a do sadu nie dało się normalnie wjechać. Jak wspomina sadownik, jakość owoców mocno na tym ucierpiała.
Wtedy zapadła decyzja o przejściu na słupy i drut. Konstrukcja okazała się na tyle trwała, że później po ośmiu–dziesięciu latach była nawet demontowana i przenoszona do nowych nasadzeń. Dziś Przemysław Kapka nie jest już przekonany, czy warto ją zdejmować. Zdarzało się bowiem, że nawet dziesięcio- czy dwunastoletnie drzewa bez podparcia potrafiły się położyć.
Nie z każdą otrząsarką
Rusztowanie dobrze współpracuje z kombajnem całorzędowym, ale nie sprawdzi się w każdym gospodarstwie. Klasyczna otrząsarka musi mieć dostęp do pnia. Drzewo powinno pozostać swobodne, żeby maszyna mogła je uchwycić i otrząsnąć. W takim systemie konstrukcja może przeszkadzać. Takie rusztowanie może się za to sprawdzić przy zbiorze ręcznym, zwłaszcza jeśli sadownik chce sadzić gęściej i szybciej wyprowadzić młode drzewa.
Kiedy zbiór mechaniczny?
Jak wyjaśnia sadownik, sam zaczyna zbiór mechaniczny dopiero w czwartym lub piątym roku. Przed takim zbiorem potrzebny jest zabieg przyspieszający dojrzewanie owoców. Z jego doświadczenia wynika, że jest to dla drzewa duży stres. Im starsze, tym radzą sobie z nim lepiej.
Mniej wiśni, niskie ceny
Zapytaliśmy pana Przemysława również o podsumowanie minionego sezonu wiśniowego. Jak ocenia, zebrał około 40% mniej owoców niż rok wcześniej. Do tego szybko przyszły nieuzasadnione obniżki cen. – W ciągu trzech dni cena potrafi spaść o 3 zł. Trudno się z tym pogodzić, bo wartość owocu wraz z dojrzałością raczej rośnie, a nie spada – mówi.
Niektórych kwater nie udało się skutecznie ochronić przed przymrozkami. W tej sytuacji również przydał się kombajn, który pozwolił szybko zebrać niewielką ilość owoców z większej powierzchni. Gdyby tę samą ilość trzeba było zbierać ręcznie, przy tak niskim plonie i wysokich kosztach pracy wiśnie zostałyby na drzewach.
„Nigdy więcej nie zdecyduję się na palenie ognisk”
Chociaż przymrozki nie cieszą, to jak wyjaśnił pan Przemysław, miał okazję porównać kilka metod ochrony. Zdecydowanie krytykuje palenie ognisk. Po pierwsze ognisko może rozpalić się zbyt mocno i uszkodzić pędy znajdujące się najbliżej. Jednocześnie nie ma pełnej kontroli nad przemieszczaniem się ogrzanego powietrza. Ale są rozwiązania, które sprawdziły się doskonale.
Dokładne porównanie metod Przemysław Kapka chce jeszcze pokazać w kolejnych materiałach na swoim facebookowym profilu. Pojawi się też nagranie dotyczące cięcia wiśni – od drzewek po posadzeniu aż po stare sady. Zachęcamy do oglądania.
