Pomimo swobodnego przepływu towarów i usług w Unii Europejskiej polskie jabłka nie trafiają masowo na rynki Niemiec i Francji. Te przykłady pokazują, że krajowy rynek można chronić nawet w unii celnej, do której należymy.
Ceny jabłek deserowych w Europie są najwyższe we Francji i w Niemczech. Wydawać by się mogło, że tamtejsi importerzy chcieliby zarobić więcej na imporcie znacznie tańszych owoców z Polski. Tak się jednak nie dzieje z kilku powodów.
W przypadku Francuzów najbardziej istotną rolę odgrywa patriotyzm konsumencki. Niemal na każdej etykiecie konsument zobaczy kraj pochodzenia owoców. Ponadto import owoców danego gatunku, który jest dostępny w kraju bywa piętnowany przez związki zawodowe producentów. Tak było wiosną 2019 roku, kiedy tamtejsze stowarzyszenia nagłośniły sprawę zwiększonego importu w mediach. Wówczas sadownicy twierdzili, że nie są w stanie konkurować z tanimi jabłkami z Polski. Zamierzony skutek został osiągnięty, masowy import ustał i od tamtej sprawy jest, w odniesieniu do tamtejszego rynku, symboliczny. Inaczej, nie ma na niego żadnego wpływu.
W przypadku Niemiec sprawa wygląda nieco inaczej. Chociaż mamy przeświadczenie, że nasze jabłka są zbyt niskiej jakości dla wymagającego i bogatego konsumenta za Odrą to prawda jest nieco inna. Niemieccy konsumenci w pierwszej kolejności wybierają niemieckie jabłka. Zdarza się, że polskie jabłka sprzedawane są pod inną etykietą, aby znalazły nabywców. Stąd eksport polskich jabłek deserowych (w przeciwieństwie do jabłek przemysłowych) do zachodniego sąsiada jest tak niewielki. Zwłaszcza, że mówimy o największym importerze jabłek na świecie pod względem wartości.
W obu krajach patriotyzm konsumencki zbudowano nie na wieloletnim krytykowaniu importowanych owoców, lecz na gospodarczym aspekcie kupowania produktów krajowych. Wyprodukowanie każdej tony jabłek w kraju to mały zastrzyk dla całej gospodarki. Chociaż rosnące koszty powoli przesuwały i dalej przesuwają produkcję owoców na wschód Europy to nadal spotkamy się z opisanym przekonaniem.
A teraz wróćmy pamięcią do scen z lata tego roku. Chodzi o sprzedawane w tysiącach marketów importowane czereśnie i śliwki w szczycie sezonu. Wówczas nierzadko słyszeliśmy magiczne stwierdzenie, że nic nie można z tym zrobić. Francuzi na przykładzie wielu gatunków udowadniają, że jednak można.
Dwa lata temu zakazano we Francji możliwości importu czereśni z krajów, gdzie można jeszcze używać środków ochrony na bazie dimetoatu. Francja wycofała substancję wcześniej niż zarządziła to odgórnie Bruksela (w 2016). W ten sposób zablokowano import czereśni z Turcji czy z Serbii.

