Tematem co roku często dyskutowanym wśród sadowników są nie tylko ceny wiśni, ale również stawki, jakie trzeba zapłacić pracownikom od każdego zerwanego kilograma. Lata mijają, a stawki te rosną. Rosną, ponieważ z roku na rok większe są koszty życia i potencjalni pracownicy też potrafią liczyć. Niestety, w górę idą też koszty produkcji. Jedyne co nie rośnie, to ceny wiśni. W tym kilkunastoletnim procesie, niestety, najbardziej traci producent.
Cofnijmy się w czasie do początku tego tysiąclecia. Sadownicy oferowali 30 czy 40 groszy od zerwanego kilograma. Pracownik, który urwał 250 kilogramów otrzymywał 100 zł dniówki. Biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej polskiego złotego z tamtych lat, był to bardzo dobry zarobek. Pracownik mógł za to kupić przysłowiowy pełen wózek zakupów. Ogólne koszty życia, które wynikały przede wszystkim z rachunków były również znacznie niższe.
Kolejna kwestia to ceny wiśni. 20 czy 15 lat temu kilogram wiśni w skupie mógł kosztować więcej niż w 2020 roku. Jednak 2,00 zł około 2000 roku było bardzo dobrą ceną. Wystarczy wziąć pod uwagę ceny paliw na poziomie 2 czy 3 złotych za litr, ceny środków ochrony roślin i wspomniane koszty zbioru. Dokładna kalkulacja nie ma w tym momencie znaczenia, gdyż tylko bardzie uwydatni przepaść w kosztach produkcji.
Wraz z upływem lat podnosi się poziom życia. Zwiększenie nasadzeń i spadek bezrobocia zmuszają nasze sadownictwo do posiłkowania się siłą roboczą zza wschodniej granicy. Przy zbiorach wiśni, jak również innych owoców, latem, pracuje coraz mniej Polaków.
Ostatnie lata to jednak znaczny wzrost inflacji, spadek siły nabywczej polskiej waluty i programy socjalne przez które jeszcze bardziej brakuje rąk do pracy. Stawki rosły z powodu zarówno „zachęcania” do pracy jak również oczekiwań potencjalnych pracowników.
Dziś standardem jest 70 czy 80 groszy za każdy zerwany kilogram. W ubiegłym roku płacowo więcej, ale to wynikało z wyższych cen wiśni. Dziś pracownik który urwie 250 kilogramów, za zarobione 200 zł kupi mniej dóbr, niż 20 lat temu. Ale nie ma w tym nic dziwnego, że każdy chce zarabiać więcej, stosownie do sytuacji ekonomicznej.
Mamy jednak rok 2020 i koszt zbioru to 44% ceny zbytu sadownika. 20 lat temu było to od 20 do 30%. Właśnie dlatego rodzimą produkcję większości owoców może uratować mechanizacja, dzięki której będziemy obniżać koszty produkcji. Nie bez znaczenia jest również polityka zakupowa branży przetwórczej, która bezwzględnie wykorzystuje swoją przewagę kontraktową. A branża ta, jak wiadomo, to w Polsce niemal w całości kapitał zagraniczny, który może i narodowości nie ma, ale jego właściciele już tak.
Czy zatem jedynym rozwiązaniem jest robotyka i automatyzacja? Czy rozwiązaniem jest więcej przetwórni, które konkurowały by o surowiec oferując wyższe stawki, a zmowy cenowe byłyby trudniejsze do wykonania? Winni na pewno nie są pracownicy, którzy chcą godnych pieniędzy za ciężką pracę. Co jest waszym zdaniem kluczem do zmiany tej sytuacji?

