Truskawka polska czy z importu
Za nieco ponad dwa tygodnie na rynku będą ze sobą konkurowały polskie truskawki z tuneli, czyli z uprawy na przyspieszony zbiór, oraz owoce importowane z Grecji. Zapewne, tak jak przed laty, będziemy świadkami przesypywania importu w łubianki i presji cenowej wywieranej przez owoce ze szczytu zbiorów na południu.
Jednym z argumentów detalistów, który ma w pewnym sensie dyskredytować polskie owoce albo podnosić zalety importu, jest jakość. Tysiące razy słyszeliśmy argumenty o jakości towaru z południa i o tym, jak dobrze się nim handluje. Detaliści przekonują, że greckie truskawki charakteryzują się przede wszystkim bardzo wyrównaną jakością, co nie zawsze jest prawdą. Raczej wszyscy jesteśmy świadomi, że powyższe „rewelacje” detalistów mają na celu wyłącznie zbicie ceny krajowych owoców…
Nie będziemy debatować ani rozstrzygać, które owoce są lepsze, a które gorsze. Wiemy dwie rzeczy. Po pierwsze, klient musi wiedzieć, co kupuje. Po drugie, krajowe truskawki zawsze wygrają świeżością z 3- czy 5-dniową dystrybucją owoców z południa Europy.
Każdy „stroi” owoce
Tak jak przed rokiem kupiliśmy na rynku w Broniszach punetkę truskawek z Grecji i rozłożyliśmy ją na czynniki pierwsze. Niżej widzimy punetkę przed rozpakowaniem. Wynik jest identyczny jak rok temu. Na wierzchu mamy 4–6 truskawek jakości premium. Patrząc z góry na skrzynkę, faktycznie widzimy wysoką i wyrównaną jakość oraz nienaganną prezencję. Im bliżej dna punetki, tym jakość owoców jest niższa.
Plantatorzy zazwyczaj właśnie takim stanem rzeczy tłumaczą atrakcyjną cenę owoców. – Kupiec płaci za górną warstwę, a dolną dostaje gratis – dodają z ironią. Nie zamierzamy jednak być stronniczy. Polskie truskawki też są strojone i kupujący powinni to piętnować. Niemniej krzywdzące i nieprawdziwe jest stwierdzenie, że zagraniczni dostawcy tego nie robią.
