„Palce” czy gumowe pasy?
Nieraz uczestniczyliśmy w dyskusjach, w których zwolennicy obu rozwiązań spierali się tak, jakby chodziło o dwie największe partie polityczne w Polsce. Warto przyjąć, że żadne z rozwiązań nie jest z definicji lepsze od drugiego. Każde ma swoje wady i zalety i lepiej sprawdzi się w konkretnych warunkach. Dziś w sadach wyraźnie dominują pręty z tworzywa sztucznego. Czy rynek je zweryfikował? Praktycy, z którymi rozmawialiśmy, mają podzielone zdania, ale wymieniają wspólne cechy obu rozwiązań. Z tego wyłania się dość spójny obraz.
Gumowe pasy pojawiły się na polskim rynku jako pierwsze i przed dekadą były zdecydowanie bardziej popularne. Wynikało to z niższej ceny i dobrej dostępności. Dlatego montowano je często w amatorskich, „garażowych” konstrukcjach. Gdzie sprawdzą się lepiej? Przede wszystkim w bardzo równym sadzie i tam, gdzie na ziemi nie leży zbyt dużo gałęzi po cięciu. Im więcej gałęzi, tym mniejsza dokładność gum. Gdy jest sucho i gospodarujemy na słabszych glebach, pasy zrywają wierzchnią warstwę gleby z okolic pni, generując ogromne ilości kurzu. Z drugiej strony mają jedną nieoczywistą zaletę, która przydałaby się w tym sezonie. Gumowe pasy wymiatają zdecydowanie więcej liści. Skuteczniejsze usunięcie liści po śnieżnej zimie bez wątpienia nieco ograniczyłoby presję parcha jabłoni.
Pręty z tworzywa mają więcej zalet i wszystko wskazuje na to, że obecnie wygrywają w ogólnym rozrachunku. Sadownicy podkreślają, że przede wszystkim są dokładniejsze. W sadach na podkładce M9 pod drzewami zostaje maksymalnie 5% gałęzi, a nierzadko mniej. Dobrze ustawiona głowica na kole podporowym tylko minimalnie narusza strukturę gleby. Rozwiązanie poradzi sobie także z większą liczbą gałęzi po cięciu. Jedną ze wskazówek do komfortowej pracy jest wymiatanie wczesnym rankiem, gdy gleba bywa zmarznięta. Tak było w ubiegłym tygodniu.
Maszyny rzemieślnicze
W prostych urządzeniach, a do takich bez wątpienia zaliczają się jednostronne wymiatacze, trudno wyznaczyć granicę między rzemiosłem a profesjonalną produkcją. Mamy tu proste profile, silnik hydrauliczny, sworzeń i jeden lub dwa siłowniki hydrauliczne. Dlatego w sadach nadal pracuje tak dużo urządzeń samodzielnej konstrukcji. Zarówno nowe, jak i używane wymiatacze jednostronne mieszczą się w przedziale od 2000 do 4000 zł. W przypadku maszyn dwustronnych mówimy o cenach 4500–7000 zł. W tym okresie roku producenci są przygotowani i zazwyczaj mają maszyny dostępne „od ręki”.
Jednostronne profesjonalne
Niejeden sadownik zapyta, w czym lepsze są wymiatacze, które kosztują dwa razy tyle. Po pierwsze, mają więcej możliwości regulacji. Po drugie, ramię nie jest ustawione prostopadle do ciągnika, lecz pod pewnym kątem do przodu. Daje to więcej możliwości precyzyjnej regulacji. Ramię samoczynnie dostosowuje się do wysokości, a talerz ślizgowy obraca się niezależnie od obrotów wirnika, więc nie narusza struktury gleby. Wszystkie te, z pozoru „zbyteczne”, niuanse przekładają się na większą wydajność, dokładność i komfort pracy.
W takich maszynach mamy więcej stali, przewodów hydraulicznych i dodatkowo statyw. Czasem spotykamy także elementy ocynkowane. To wszystko wpływa na ostateczną cenę, która dziś w przypadku nowych (krajowych) wymiataczy jednostronnych waha się od 4000 do 7000 zł.
Dwustronne profesjonalne
Jeszcze więcej materiałów, siłowników i kolejny silnik hydrauliczny oznaczają kolejne koszty, za które musi zapłacić sadownik. Wymiatacz dwustronny to przede wszystkim wybór gospodarstw o większej powierzchni sadów lub firm świadczących usługi. Jednolitość nasadzeń nie jest tu kluczowa. Producenci oferują różny zakres szerokości roboczej swoich urządzeń. W przypadku polskich maszyn mówimy o kwotach od 8000 do 13 000 zł. Zagraniczne, a przede wszystkim włoskie wymiatacze dwustronne, kosztują zazwyczaj dwukrotność tych cen. Trzeba przygotować się na wydatek ponad 20 000 zł.

