Nawałnica w zagłębiu grójeckim
W nocy z poniedziałku na wtorek nad częścią zagłębia grójeckiego przeszła niszczycielska nawałnica z gradobiciem. Z licznych relacji, rozmów i zdjęć wyłania się obraz ogromnych strat finansowych i osobistych dramatów.
Dokładne oszacowanie obszaru, przez który przeszła nawałnica, i strat, jakie wyrządziła, jest dziś niemożliwe. Gradobicie to zjawisko bardzo wybiórcze, co dobrze oddają relacje sadowników. Niektórzy z poszkodowanych sami przesłali nam filmy ze swoich sadów, gdzie w odległości kilkudziesięciu metrów jedna kwatera jest niemal doszczętnie zbita, a na drugiej trudno znaleźć jakiekolwiek uszkodzenia.
W ankiecie w mediach społecznościowych poprosiliśmy sadowników z poszkodowanych rejonów o informacje, w których miejscowościach wystąpił grad. Chcieliśmy na tej podstawie chociaż w przybliżeniu określić obszar, przez który przeszła nawałnica.
Do dokładnych rachunków potrzeba sztabu specjalistów, ale chcemy uzmysłowić skalę problemu. Nie chodzi przecież o to, żeby „kłócić się” o każdą miejscowość, hektar czy milion złotych, tylko wskazać istotę problemu.
Sadownicy pozbawieni przychodów
Oszacowaliśmy, że na obszarze objętym nawałnicą znajduje się około 3200 hektarów upraw sadowniczych, które mogły zostać uszkodzone przez grad.
Jeśli dla zobrazowania skali przyjmiemy, że byłyby to wyłącznie jabłonie, to przy przeciętnym plonie na poziomie 30 ton/ha mówimy o zbiorach rzędu blisko 100 000 ton. Jeśli po gradobiciu większość takich owoców nadaje się wyłącznie do przetwórstwa, to sadownicy na takim obszarze mogą stracić ponad 90 milionów złotych potencjalnego przychodu ze sprzedaży jabłek deserowych. Jabłek deserowych nie sprzedadzą po 1,50 zł/kg, tylko po 0,60 zł/kg.
To oczywiście tylko obrazowy przykład, oparty na założeniu, że cała powierzchnia byłaby obsadzona jabłoniami, a owoce deserowe po gradzie trafiłyby do przetwórstwa. Na tym terenie rosną również inne gatunki sadownicze.
Straty to jednak nie tylko owoce, które zostaną sprzedane o połowę taniej na cele przemysłowe. To także poprzewracane rzędy, zniszczone konstrukcje, uszkodzone pędy i większa presja chorób. Dochodzą koszty sprzątania powalonych drzew, remontów uszkodzonych budynków czy linii energetycznych.
Dlatego końcowy bilans strat będzie znacznie wyższy, a do jego dokładnego wyliczenia potrzeba sztabu ekspertów.
Tak liczyliśmy obszar
Dokładniejsza analiza obszaru przejścia nawałnicy nie byłaby możliwa bez sadowników. Dziękujemy za dziesiątki komentarzy i wiadomości z informacjami o miejscowościach, w których grad był niszczycielski.
Najpierw nanieśliśmy te informacje na mapę w aplikacji Google Earth. Wyznaczony w ten sposób obszar ma około 100 kilometrów kwadratowych.
Następnie odjęliśmy około 20% powierzchni zajmowanej przez lasy oraz dolinę Pilicy. Zostaje około 80 kilometrów kwadratowych.
Kolejny krok to oszacowanie powierzchni upraw sadowniczych, które nie zostały jeszcze zebrane lub których zbiór nadal trwa – borówki, gruszy, jabłoni i śliwy.
Wyliczyliśmy, jaki procent całkowitej powierzchni trzech najmocniej dotkniętych gmin zajmują te cztery uprawy. Średnio jest to niemal 40%.
- gmina Belsk Duży – około 46%
- gmina Warka – około 40%
- gmina Jasieniec – około 32%
Udział sadów w gminie Grabów nad Pilicą jest znacznie mniejszy i mocno zaniżyłby średnią, choć wiemy, że również tam nawałnica była bardzo niszczycielska.
Podsumowując, szacujemy, że na obszarze, przez który przeszła nawałnica, znajduje się około 32 kilometrów kwadratowych upraw sadowniczych, czyli około 3200 hektarów. Zdecydowaną większość tej powierzchni stanowią jabłonie.
To ogromna liczba, ale trzeba pamiętać, że sadownictwo na tym terenie jest bardzo intensywne.
Jeszcze raz podkreślamy: to szacunki, które mają jedynie zobrazować skalę problemu. Nie oznaczają, że na wszystkich 3200 hektarach szkody są jednakowe ani że wszystkie uprawy zostały całkowicie zniszczone. Miejscami różnice w skali uszkodzeń występują nawet między sąsiednimi kwaterami.
Grad nocą już nie jest wyjątkiem
Każdy kolejny rok utwierdza nas w przekonaniu, że mamy do czynienia z coraz większymi skrajnościami pogodowymi. Jeszcze niedawno opadów dużego gradu nie spodziewaliśmy się w środku nocy.
W ubiegłym roku duże uszkodzenia gradowe powstały na Sandomierszczyźnie również nocą, przed północą. W tym roku do podobnego zdarzenia doszło ponownie.
Po każdej klęsce wraca ten sam temat – ubezpieczenia
Chociaż nasze wyliczenia są szacunkowe i mają przede wszystkim pokazać skalę problemu, trudno pominąć temat, który wraca przy każdej większej klęsce – reformę systemu ubezpieczeń upraw sadowniczych.
Sadownicy od lat mają problemy z ubezpieczeniem gospodarstw od przymrozków czy gradu. Ubezpieczyciele niechętnie zawierają umowy dotyczące ryzyk, które w sadownictwie są dziś największym zagrożeniem.
Co więcej, jeśli w jednym sezonie gospodarstwo ucierpiało w wyniku gradu, w kolejnym może mieć już problem z ponownym ubezpieczeniem upraw. Zdarza się, że firmy odmawiają zawarcia umowy właśnie ze względu na większe ryzyko wystąpienia kolejnych szkód.
I tu dochodzimy do sedna. Sadownik może inwestować w ochronę, prowadzić sad przez cały sezon i uzyskać dobry plon, a kilka tygodni przed zbiorem jedna nawałnica może zmienić owoce deserowe w przemysł. Jeśli takich zdarzeń jest coraz więcej, temat ubezpieczeń i wsparcia inwestycji w zabezpieczenia przeciwgradowe będzie wracał po każdym kolejnym sezonie.
Dane: rejestrupraw.arimr.gov.pl/earth.google.com
