Polskie jabłka w Etiopii. Trudny rynek, ale realna szansa dla eksporterów
Polskie jabłka dotarły do Etiopii. To kierunek egzotyczny, trudny i wymagający, ale właśnie dlatego wart uwagi. Jak relacjonuje Dominik Poszywała, zbudowanie działalności na tym rynku zajęło ponad pół roku. Wymagało to uzyskania kilku licencji, wynajęcia biura, terenu i chłodni, a także przejścia przez wielostopniowe procedury bankowe i administracyjne. Mimo trudnego startu firma chce rozwijać własną sieć sprzedaży, zamiast opierać się wyłącznie na pośrednikach.
Ładunek płynął do Etiopii przez Hamburg, dalej wokół Afryki do Omanu i Dżibuti, a następnie drogą lądową przez Etiopię do stolicy kraju, Addis Abeby. Cały transport trwał około 60 dni. Sam fakt, że polska Gala dotarła na tak odległy rynek, jest ważnym sygnałem dla eksporterów. To pokazuje, że przy dobrze przygotowanej logistyce i odpowiedniej jakości towaru taki kierunek może być realny.
Trudny i hermetyczny rynek
Etiopski rynek jest hermetyczny i opiera się na ograniczonej liczbie importerów. Do tego dochodzą bardzo wysokie koszty całej operacji. Sam transport morski i lądowy to równowartość wielu tysięcy dolarów. Oprócz tego są jeszcze cło, podatki, formalności oraz koszty uruchomienia firmy w Etiopii.
Ktoś powie, że Etiopia to rynek bez większego znaczenia, bo przez cztery ostatnie lata nie sprzedaliśmy tam ani jednej tony jabłek, a wcześniej eksport był symboliczny. Z drugiej strony to kraj liczący 138 milionów mieszkańców, który praktycznie w całości opiera się na imporcie jabłek. Potencjał jest duży, bo okresowo pojawiają się tam braki jabłek w sprzedaży detalicznej.
Pierwsza partia pokazała, jak dużo zależy od jakości
Pierwsza partia okazała się jednak także dużym wyzwaniem. Jak relacjonuje Dominik Poszywała, w kontenerze znalazł się towar przygotowany przez firmę sortującą, która nie dopilnowała jakości całej partii. Kilka palet przygotowano z owoców o zbyt słabej jakości. Po otwarciu kontenera pierwsze wyjęte kartony z towarem wyglądały bardzo dobrze. Dopiero później, w trakcie rozładunku, okazało się, że część jabłek nie spełnia parametrów.
Służby celne i sanitarne odebrały jednak towar, ponieważ owoce znajdujące się przy drzwiach kontenera spełniały wymagania jakościowe i sanitarne. Gdyby urzędnicy trafili na wadliwą część partii, w której były jabłka od konkretnego sadownika, kontener mógłby zostać zatrzymany, a nawet skierowany do utylizacji. Nasz rozmówca zaznacza, że te kilka palet absolutnie nie nadawało się do sprzedaży.
Nie ma miejsca na drogę na skróty
Ta historia dobrze pokazuje jedną rzecz. Przy dalekim eksporcie nie ma miejsca na pomyłki ani drogę na skróty. Transport trwający 50–60 dni najlepiej sprawdza jakość jabłek. Na tak wymagającym rynku jedna słaba partia może szybko odbić się na opinii o całym polskim towarze.
– Jako branża musimy sobie uzmysłowić, a dosłownie wbić do głów, że niska jakość jabłek na rynku azjatyckim czy afrykańskim nie uderza tylko w jedną firmę. Uderza w całą branżę. Uderza w polskie jabłka jako markę – mówi Dominik Poszywała.
