Kilka dni temu odwiedziliśmy Południowy Tyrol. Głównym punktem wyjazdu była tamtejsza stacja badawcza, czyli Laimburg Research Centre, ale równie ciekawe były wizyty w sortowni, gospodarstwach sadowniczych i rozmowy z sadownikami. Zobaczyliśmy region, który z jednej strony uchodzi za wzór organizacji i nowoczesności, a z drugiej mierzy się z własnymi, bardzo konkretnymi problemami: rosnącymi kosztami pracy, presją chorób i szkodników, oparzeniami słonecznymi oraz coraz większą dyskusją o wodzie.
Południowy Tyrol cieszy się we Włoszech dużą autonomią. Choć administracyjnie to Włochy, odrębność kulturową widać i czuć tam niemal na każdym kroku. Potwierdzali to także nasi gospodarze, czyli miejscowi sadownicy.
Sortownia grupy Roen. Nowoczesność i logistyka dopracowana do szczegółu
Pierwszym punktem wyjazdu była sortownia i chłodnia grupy Roen, zrzeszonej w ramach konsorcjum VOG. To największa spółdzielnia należąca do tego konsorcjum i zarazem jeden z najnowocześniejszych obiektów w regionie.
Na szczególną uwagę zasługuje system transportu skrzyniopalet wewnątrz obiektu, przypominający pociąg. Odbiera on puste skrzynie po wyładowaniu jabłek na konkretne linie sortownicze, a następnie odwozi je z powrotem do strefy pre-sortingu, który prowadzony jest równolegle. W obiekcie działa również w pełni zrobotyzowana chłodnia. Można w niej składować kilkanaście tysięcy skrzyniopalet z jabłkami po pre-sortingu. Zazwyczaj jest to bufor na kilka lub kilkanaście dni, choć maksymalny okres przechowania w tym miejscu wynosi miesiąc.
W obiekcie pracuje kilka linii sortowniczych i na każdej równocześnie przygotowywane jest inne zamówienie. Mimo logistyki dopracowanej do bardzo wysokiego poziomu i ponad 10 tys. ton jabłek przesortowanych w sezonie, znalazło się tam również miejsce na sprzedaż bezpośrednią. Klienci mogą kupować jabłka w określonych godzinach. Do dyspozycji mają dużą tablicę, która opisuje cechy wszystkich oferowanych odmian.
Jabłka z całego konsorcjum VOG trafiają do ponad 70 krajów świata. Równie interesujący był aspekt energetyczny. Koszty ogranicza tam bardzo duża instalacja fotowoltaiczna i równie duży magazyn energii. Niemal cały dach obiektu pokryty jest panelami, a 92% zużycia energii pochodzi właśnie z tej produkcji. Jest ona na bieżąco zużywana, a nadwyżki trafiają do sieci późnym popołudniem i wieczorem.
Zdjęcia z sortowni możecie obejrzeć tutaj:
12 hektarów i wiele odmian. W tamtejszych warunkach to już duże gospodarstwo
Następnie udaliśmy się do jednego z sadowników, który jak na warunki Południowego Tyrolu gospodaruje na dość dużym areale, bo na 12 hektarach. Mimo to uprawia wiele odmian i znajduje też miejsce na doświadczenia. Jednym z nich był amerykański system V.
W opinii naszego gospodarza system ten w warunkach Południowego Tyrolu się nie sprawdza. Nie chodzi przy tym o glebę ani o dostęp światła pod siatkami. Problemem jest sama organizacja pracy. W układzie dwóch ukośnych rzędów w jednym rzędzie pracownicy, zarówno podczas przerzedzania, jak i zbioru, zostawiają owoce po wewnętrznych stronach obu ścian owoconośnych. Zdaniem sadownika to rozwiązanie mija się więc z celem. Dodatkowo nakład pracy w takim sadzie jest wyraźnie większy, a w regionie, który należy do najbogatszych we Włoszech, koszt pracy jest bardzo wysoki. Stawka rzędu 11–12 euro za godzinę jest tam czymś normalnym.
Ta wizyta dobrze pokazała również specyfikę regionu. W Polsce narzekamy na rozdrobnienie gospodarstw, ale w Południowym Tyrolu wielu sadowników gospodaruje na 1, 2 lub 3 hektarach i równocześnie pracuje w innych gałęziach gospodarki. Część łączy sadownictwo z agroturystyką lub małym przetwórstwem, inni pracują w usługach, handlu albo w pobliskich zakładach.
Siatki i zraszanie. Dlaczego tamtejsza produkcja jest bardziej stabilna
Dzięki wykorzystaniu planów operacyjnych przez wiele lat i dzięki bardzo wysokiemu poziomowi organizacji region osiągnął jeden z najwyższych wskaźników zabezpieczenia sadów w Europie. Ponad 70% sadów jest przykrytych siatkami przeciwgradowymi, a ponad 80% wyposażono w zraszanie nadkoronowe.
To bardzo ważny fakt. Widać dzięki niemu, jak duży stopień uniezależnienia od skrajnych zjawisk pogodowych osiągnęli sadownicy z Południowego Tyrolu. I to także wyjaśnia, dlaczego tamtejsza produkcja nie waha się tak mocno, jak w regionach bardziej narażonych na przymrozki, grad i brak zabezpieczeń.
Mniej pogoni za klubami, więcej myślenia o sprzedaży przez cały rok
W rozmowach z gospodarzami usłyszeliśmy też ciekawą rzecz o odmianach. Jeszcze w poprzedniej dekadzie podejście było tam inne. Szukano jak największej liczby odmian klubowych, żeby mocniej wyróżnić się na rynku. Dziś kierunek jest inny. Odmian klubowych nie brakuje, ale sadownicy, spółdzielnie i konsorcja skupiają się już bardziej na marketingu i jak najsprawniejszej sprzedaży przez 12 miesięcy w roku.
Kilka zdjeć z lustracji:
Laimburg Research Centre. Jabłonie to tylko część działalności
Najważniejszym punktem wyjazdu była wizyta w Laimburg Research Centre. To instytucja powołana i finansowana przez regionalny rząd Południowego Tyrolu. Choć podczas naszej wizyty skupiliśmy się na jabłoniach, zakres działalności ośrodka jest dużo szerszy. Prowadzone są tam doświadczenia z winoroślą, ale również z pastwiskami, hodowlą owiec i innymi działami rolnictwa obecnymi w regionie.
Krótko mówiąc, jest to zaplecze badawcze dla całego rolnictwa Południowego Tyrolu.
Cyfrowy sad. Woda, czujniki, monitoring i ocena nowych technologii
Pierwszym punktem zwiedzania instytutu był cyfrowy sad. Na półhektarowej kwaterze Pink Lady w systemie wieloprzewodnikowym zobaczyliśmy kilkanaście rozwiązań, zarówno gotowych technologii z Europy, jak i patentów oraz urządzeń opracowanych przez naukowców z Laimburga.
Największy nacisk położono na zarządzanie nawadnianiem. Nowoczesne cyfrowe tensiometry sprzężone z zaworami i czujnikami ciśnienia mają dać sadownikowi mniej pracy, większą automatyzację i bardziej racjonalne gospodarowanie wodą. Co istotne, wody w samym Południowym Tyrolu nie brakuje. Temat ten coraz częściej pojawia się jednak w szerszej dyskusji, bo intensywne wykorzystanie zasobów w górnym biegu rzeki Adygi ma znaczenie także dla rolników z dalszych regionów, między innymi z rejonu Werony.
Obok systemów nawodnieniowych zobaczyliśmy również rozwiązania do monitoringu szkodników i chorób. Na uwagę zasługuje sportrap Aispot. Nie jest to jeszcze system całkowicie zautomatyzowany, bo z urządzenia trzeba wyjąć płytkę, ale samo oprogramowanie laboratoryjne pozwala już rozpoznawać zarodniki grzybów, które się na niej znalazły.
Pokazano nam również trzy rozwiązania, które badają przepływ soków komórkowych, wodę w roślinie, reakcję na stres i transpirację liści. W praktyce mają one pozwalać na bardzo szybkie wykrywanie zmian w kondycji drzew, zanim pojawią się widoczne objawy. Co ważne, naukowcy nie ukrywali, że nie wszystkie rozwiązania oceniają równie dobrze. Część z nich uznali za bardzo perspektywiczne, wobec innych zachowują sceptycyzm. I właśnie to dobrze pokazuje rolę takiej stacji badawczej: sprawdzić technologię w praktyce, zanim sadownicy wydadzą na nią pieniądze.
Zabiegi bez ciągnika i opryskiwacza
W Laimburgu zobaczyliśmy również system wykonywania zabiegów bez użycia ciągnika. Specjalne zraszacze są zamontowane na słupach konstrukcji sadowniczej i uruchamiane zdalnie.
Z technicznego punktu widzenia rozwiązanie jest bardzo interesujące. Jest ciche, a to w tym regionie ma znaczenie. Południowy Tyrol to nie tylko bardzo intensywne sadownictwo, ale również silny region turystyczny. Rocznie przyjeżdża tam około 5 mln turystów, którzy oczekują ciszy, spokoju i estetycznego krajobrazu. Praca tysięcy ciągników w sadach nie zawsze wpisuje się w ten obraz.
Robot UVC. Obiecujące narzędzie, ale nie bez wad
Kolejnym punktem była prezentacja robota emitującego światło UV-C. Jego głównym zadaniem jest ograniczanie presji bakterii, przede wszystkim Erwinia amylovora, czyli sprawcy zarazy ogniowej.
Pierwsze doświadczenia ze stanu Waszyngton były bardzo obiecujące i właśnie te pozytywne aspekty najczęściej trafiały do mediów branżowych. Naukowcy z Laimburga pokazali jednak również drugą stronę. Światło UVC niszczy nie tylko patogeny, ale również bakterie pożyteczne, między innymi z grupy Bacillus.
Mimo to badacze potwierdzają, że rozwiązanie wyraźnie ogranicza presję zarazy ogniowej. Zwracają jednak uwagę na warunek: zabiegi muszą być regularnie powtarzane od wczesnej wiosny, co najmniej raz w tygodniu, wraz z przyrostem liści.
Przy okazji wyjaśniono nam także jeden z ważnych problemów technicznych. Pierwsze takie maszyny projektowano do winnic, gdzie liść winorośli jest wyraźnie cieńszy niż liść jabłoni. W sadach trzeba było zwiększyć moc generatora i ilość emitowanego światła. Dlatego w robocie zamontowano także wentylator. Nie służy on do chłodzenia urządzenia, ale do poruszania liśćmi, tak aby światło jak najlepiej penetrowało koronę drzewa.
Cyfrowy sad:
GUYOT i system wieloprzewodnikowy. Więcej jakości, więcej pracy
Ostatnim punktem zwiedzania w Laimburgu był spacer po różnych systemach prowadzenia jabłoni. Pokazano nam dwie odmiany, Fuji i Pink Lady, ale w kilku układach prowadzenia. Sama konstrukcja nie była tu jednak najważniejsza. Najwięcej mówiono o zaletach i ograniczeniach poszczególnych systemów.
W Południowym Tyrolu w ostatnich latach przybywa sadów prowadzonych w systemie GUYOT i w systemie wieloprzewodnikowym na M9. Spółdzielnie podkreślają, że z punktu widzenia handlu towar z takich sadów jest bardziej wyrównany jakościowo. Dodatkowo plon z hektara jest zwykle nieco wyższy niż w tradycyjnym wrzecionie lub superwrzecionie.
Nie ma jednak rozwiązań bez kosztów. Naukowcy podkreślali, że największym minusem systemu wieloprzewodnikowego jest pracochłonność. Taki sad wymaga co najmniej 100 roboczogodzin więcej na hektar w sezonie. Chodzi przede wszystkim o mozolne przywiązywanie kolejnych przewodników do czterech, pięciu lub sześciu drutów w pierwszych trzech latach po posadzeniu.
Nie wszystkie odmiany dobrze się tu sprawdzają. Gala radzi sobie dobrze i można ją prowadzić jako wąską ścianę owoconośną. Zupełnie inaczej wygląda to przy Fuji, która podobnie jak Bohemia wiąże pąki owocowe na końcach jednorocznych przyrostów. Utrzymywanie jej w bardzo wąskiej koronie – mocne cięcie – w systemie wieloprzewodnikowym ogranicza plon i z tego punktu widzenia mija się z celem.
Zwrócono nam również uwagę na dwa różne podejścia regionalne. W rejonie Trydentu drzewa prowadzi się niżej, tak aby większą część zbioru wykonać bez platformy. Chodzi o ograniczenie kosztów pracy. W okolicach Bolzano sady prowadzi się wyżej, do 3,5–4 m, a zbiór wykonuje się zarówno z ziemi, jak i z platform. Tamtejsze spółdzielnie nie widzą sensu w nadmiernym obniżaniu wyższych konstrukcji.
Wypadanie drzew to większy problem niż w tradycyjnym sadzie
Z punktu widzenia sadownika ważna jest jeszcze jedna rzecz. W sadzie wieloprzewodnikowym wypady są znacznie bardziej dotkliwe. Jeśli w tradycyjnym sadzie na M9, przy obsadzie 3300–3600 drzewek na hektar, nie przyjmie się 5% drzew, taka strata jest praktycznie niezauważalna. Jeśli natomiast wypadnie 5% drzew w systemie wieloprzewodnikowym, braki są bardzo wyraźne i od razu obniżają efektywność zabiegów i zbioru. Mówiąc wprost, mamy duże „dziury”.
Podobnie wygląda system GUYOT. W niektórych odmianach sprawdza się dobrze, w innych – zdaniem naukowców – jest praktycznie bezcelowy. Zaletą jest natomiast stosunkowo łatwe cięcie po wejściu sadu w owocowanie. Zostawia się to, co wyrosło w poprzednim roku, a usuwa to, co już zaowocowało. Taki schemat łatwiej opanować mniej wykwalifikowanym pracownikom.
Największy sadownik w konsorcjum VOG i skomplikowany system rozliczeń
Po wizycie w stacji badawczej odwiedziliśmy największego sadownika zrzeszonego w konsorcjum VOG. W Polsce gospodarstwo o powierzchni 70 hektarów robi duże wrażenie. W Południowym Tyrolu to dosłownie ewenement.
Tutaj dowiedzieliśmy się nieco o zasadach współpracy w ramach spółdzielni. Spółdzielnia wyznacza okno zbioru dla danej odmiany. Dla przykładu może ono trwać od 15 do 29 sierpnia. Po przekroczeniu granicznej daty owoce automatycznie trafiają do przetwórstwa.Być może nie wszyscy w to uwierzą, ale tak nam to wytłymaczono. To ma skłonić sadowników do dostarczania jabłek w terminie, który będzie optymalny dla jakości jabłek, również podczas późniejszego przechowywania.
Każda skrzyniopaleta ma swój kod kreskowy, który od razu wskazuje konkretną kwaterę i producenta. W jednej komorze spółdzielni mogą znajdować się jabłka dwóch, trzech, a czasem znacznie większej liczby producentów. Jedne partie sprzedawane są w październiku, inne w marcu czy kwietniu. Jak w takim układzie sprawiedliwie podzielić wynik sprzedaży?
Rozwiązanie jest następujące: każdy sadownik otrzymuje średnią cenę ze sprzedaży danej odmiany z całego sezonu, przeliczoną proporcjonalnie do liczby kilogramów, które dostarczył. To system logiczny z punktu widzenia organizacji, ale ma też swój minus. Na płatność trzeba poczekać do końca sezonu sprzedażowego, jednak wydaje się to bardzo sprawiedliwym rozwiązaniem.
Woda jest, ale nie wolno jej używać do chłodzenia sadów
Sadownik mówił nam również o wodzie i pokazywał wyniki glebowe. W Dolinie Adygi dostępność wody jest bardzo dobra. Czasami zwierciadło wody znajduje się już na głębokości pół metra. Jednocześnie właśnie woda staje się we Włoszech tematem coraz większych sporów.
Co interesujące, mimo bardzo dużego udziału sadów wyposażonych w zraszanie nadkoronowe, wody nie wolno używać do schładzania sadów. A to ma znaczenie, bo jak podkreślał nasz gospodarz, Dolina Adygi nie jest klimatem górskim w takim znaczeniu, jakie często sobie wyobrażamy. To obszar nizinny i cieplejszy od wszystkich polskich rejonów sadowniczych. Galę zaczyna się tam zrywać już między 5 a 8 sierpnia.
Oparzenia słoneczne. Coraz większy problem także w Południowym Tyrolu
Zmiany klimatu są tam widoczne bardzo wyraźnie. Gościliśmy w regionie 10 i 11 czerwca, a nasz gospodarz podkreślał, że do tego czasu zanotowano już pięć nocy tropikalnych, czyli takich, w których temperatura nie spadła poniżej 20°C. Na kolejny tydzień prognozowano temperatury powyżej 30°C. W ubiegłym roku latem temperatura miejscami sięgała 40°C. To przekłada się na rosnące problemy z oparzeniami słonecznymi, szczególnie na Gali. Stosowane są różne metody ochrony przed nadmiernym nasłonecznieniem.
Region wzorcowy, ale nie wolny od problemów
Południowy Tyrol pozostaje jednym z najlepiej zorganizowanych regionów sadowniczych w Europie. Wysoki poziom techniczny, silne spółdzielnie, bardzo duże zabezpieczenie sadów przed gradem i przymrozkami oraz rozbudowane zaplecze badawcze robią ogromne wrażenie.
Ten wyjazd pokazał nam jednak coś jeszcze. Każdy region sadowniczy ma własne ograniczenia. U nas najczęściej mówimy o przymrozkach. W Hiszpanii i Francji coraz większym problemem są oparzenia słoneczne. W Południowym Tyrolu, mimo bardzo dobrych warunków glebowych i klimatycznych, nie brakuje problemów związanych z pracą, kosztami, organizacją sprzedaży, presją chorób i szkodników oraz napięciami wokół wody.
To właśnie dlatego nawet region uznawany za jeden z najlepiej rozwiniętych sadowniczo w Europie nie jest miejscem wolnym od ryzyka. Jest po prostu miejscem, które z tym ryzykiem nauczyło się bardzo dobrze zarządzać.
