Kiedyś siedem beczek miodu bez wywożenia uli. Dziś to już historia
Pszczoły towarzyszyły mu od dzieciństwa. Najpierw pomagał dziadkowi, a około 2016 roku przejął prowadzenie pasieki. Wtedy liczyła ona około 70 rodzin pszczelich. W okolicy nie brakowało różnorodnych pożytków: malin, gryki i łąk.
– Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, bez wywożenia pszczół potrafiliśmy zebrać w sezonie siedem beczek miodu po 300 kg każda – wspomina. Dziś, jak przyznaje, podobny wynik wydaje się niemal nierealny. Zmieniło się rolnictwo, ubyło dawnych pożytków, a w okolicy coraz większą rolę odgrywają uprawy takie jak rzepak, pszenica i kukurydza.
Najintensywniejszy rozwój gospodarstwa przypadł na ostatnie lata. Obecnie pasieka liczy około 450–500 rodzin, zarówno produkcyjnych, jak i hodowlanych. Część z nich wykorzystywana jest do wychowu matek, pozostałe przede wszystkim do produkcji miodu.
Od wierzby po grykę. Setki uli w drodze
Pasieka ma charakter wędrowny. Sezon zaczyna się od wierzby, po której pszczoły trafiają na rzepak. Później przychodzi czas między innymi na maliny, akację, lipę i grykę, a w niektórych miejscach także facelię. Nie każdy pożytek oznacza jednak miodobranie. Wierzba służy przede wszystkim rozwojowi rodzin – pszczelarz nie nastawia się na pozyskiwanie z niej miodu, chyba że sezon wyraźnie temu sprzyja.
Po zakończeniu pożytku wierzbowego, jeszcze przed rzepakiem, tworzy pierwsze odkłady. Zamiast wzmacniać słabsze rodziny, wybiera najsilniejsze i zakłada odkłady zbiorcze, do których poddaje przezimowane matki. W ten sposób przygotowuje zapas rodzin na kolejny etap sezonu.
Wydajność zależy od warunków i dostępnych pożytków. W dobrym roku z jednej rodziny można uzyskać ponad 80, a nawet 90 kg miodu. W 2026 roku było to około 50 kg. Miniony sezon okazał się słabszy. Choć wiosna była dobra, późniejsza susza ograniczyła zbiory. Facelia wypadła jeszcze przyzwoicie, ale kolejne pożytki były już mniej przewidywalne.
Mniej wędrówek, więcej rodzin pszczelich?
Grzegorz Serafin rozważa zmianę dotychczasowego modelu pracy. Chce, by mniej rodzin wędrowało, a większa część pasieki pozostała stacjonarna. Taki układ może oznaczać mniejsze zbiory miodu, ale pozwoliłby zwiększyć liczbę rodzin i ograniczyć uciążliwą, ręczną logistykę.
Wędrówka wymaga załadunku i rozładunku uli oraz sprawnej organizacji. Dlatego pszczelarz sprawdza oferty ładowarek, choć ich wykorzystanie będzie wymagało dostosowania samochodu, a to oznacza kolejne koszty. Mechanizacja wędrówek mogłaby znacznie usprawnić pracę, która dziś w dużej mierze wykonywana jest ręcznie.
Hala 300 m². Wirownia, chłodnia, rozlewnia i sklep
W gospodarstwie powstaje właśnie hala o powierzchni około 300 m². To już drugi podobny obiekt. W nowym budynku mają znaleźć się wirownia, chłodnia, sklep i rozlewnia. Chłodnia będzie służyć między innymi do przechowywania suszu (plastrów wosku), pierzgi i pyłku.
Nowa przestrzeń ma również ułatwić organizację procesu pozyskiwania miodu. Obecnie miód tego samego rodzaju, pochodzący z różnych pasieczysk, trafia do wspólnego zbiornika. Dzięki temu pszczelarz może ujednolicić produkt i zachować jego powtarzalny charakter przez cały sezon sprzedażowy. Wcześniej klienci zwracali uwagę, że miód kupowany w różnych terminach bywał nieco inny, zwłaszcza pod względem barwy. Standaryzacja pozwala wyeliminować ten problem.
W pasiece pozyskiwane są także pyłek, pierzga i propolis. Wosk pozostaje w obiegu zamkniętym – pszczelarz sam przygotowuje węzę, dzięki czemu ma większą kontrolę nad materiałem, który ponownie trafia do uli. Mleczko pszczele pozyskiwane jest głównie na potrzeby hodowlane.
Dlaczego Buckfast? Hodowla matek i selekcja najlepszych
Buckfast towarzyszył tej pasiece od początku. Wcześniej w rodzinach obecne były pszczoły kaukaskie, dobrze dopasowane do dawnych warunków pożytkowych. Wybór Buckfasta wynikał z poszukiwania pszczoły uniwersalnej, która sprawdzi się w zmieniających się warunkach.
– Wiele błędów wybacza. Oczywiście każdą pszczołę trzeba umieć prowadzić, ale według mnie Buckfast dobrze sprawdza się pod względem higieny, odporności i rojliwości – mówi pszczelarz. Podkreśla przy tym, że odpowiednie prowadzenie rodzin i zapewnienie im miejsca pozostają kluczowe niezależnie od rasy.
Po około dwóch latach od rozpoczęcia pracy z Buckfastem pojawił się pomysł na komercyjną hodowlę matek. Z czasem działalność hodowlana nabrała większego rozmachu. W 2024 roku pszczelarz wraz z innymi hodowcami zarejestrował stowarzyszenie, którego celem jest rozwój Buckfasta w Polsce.
W hodowli ważna jest ocena poszczególnych matek. Pszczelarz pracuje z kilkoma głównymi liniami, ale o dalszej selekcji decydują wyniki konkretnych matek, a nie sama nazwa linii. Każdego roku ponad 100 matek trafia na trutowiska, głównie w południowych Niemczech i Austrii, gdzie są unasieniane. Następnie wracają do Pasieki Serafin, w której przechodzą ocenę i selekcję. Najlepsze osobniki wyznaczają kierunek dalszej pracy hodowlanej.
Pożytki się zmieniają. Jak wpływa to na kondycję pszczół?
Różnorodność pożytków ma znaczenie nie tylko dla ilości zebranego miodu. Grzegorz Serafin zwraca uwagę, że rodziny korzystające z kolejnych pożytków mogą być jesienią w lepszej kondycji niż te, które przez dłuższy czas pozostają w jednym miejscu. Nawet uprawa, która na pierwszy rzut oka wydaje się monokulturą, może sąsiadować z innymi źródłami pokarmu – na przykład z akacją czy roślinnością leśną.
W jego ocenie takie zróżnicowanie pomaga pszczołom przygotować się do zimy. Szczególnie ważne jest, by rodziny zgromadziły odpowiednie zasoby i dobrze weszły w okres spoczynku.
Klimat, import i organizacja pracy. Co dalej z Pasieką Serafin?
Przed młodym pszczelarzem stoją kolejne decyzje dotyczące rozwoju infrastruktury, usprawnienia wędrówek i dalszej pracy hodowlanej. Pasieka, która wyrosła z rodzinnego gospodarstwa, nadal się zmienia, dostosowując się do warunków przyrodniczych, potrzeb klientów i planów jej właściciela.
Dużym atutem Grzegorza Serafina jest chęć dalszego rozwoju i poszukiwanie perspektywicznych rozwiązań, zarówno w hodowli pszczół, jak i w organizacji gospodarstwa. Sprzyja mu również lokalizacja pasieki. Południowo-wschodnia Polska uchodzi za region o dobrych warunkach do pozyskiwania miodu, choć tegoroczna susza na Lubelszczyźnie wystawiła to przekonanie na ciężką próbę.
Grzegorz Serafin za duże wyzwania dla dalszego prowadzenia pasieki uważa zmiany klimatu oraz zmiany zachodzące w rolnictwie. Problemem pozostaje również import miodu i miodów syntetycznych, które psują rynek.
Niewątpliwym utrudnieniem jest także stan zdrowia pszczelarza. W wyniku wypadku komunikacyjnego, któremu uległ kilkanaście lat temu, Grzegorz Serafin porusza się na wózku. Osobiście przegląda uliki weselne i odkładowe, ale zdecydowaną większość prac w pasiece, zwłaszcza tych wymagających dużej siły fizycznej, powierza zespołowi doświadczonych pracowników. Sam zajmuje się planowaniem działań, hodowlą i sprzedażą, a także walką o przyszłość Buckfasta w Polsce, o czym opowiem kolejnym razem.
