Przymrozki na Florydzie
Wyobraźcie sobie przełom maja i czerwca… zrywacie pyszne, soczyste truskawki. Na zewnątrz jest około +20°C. Jak to w Polsce, raz cena jest dobra, raz rozczarowuje. Pewnego dnia nadchodzi fala arktycznego powietrza, która skutkuje spadkiem temperatury do poziomu -3/–4,5°C, a lokalnie przy gruncie nawet do -6°C. Brzmi jak science fiction? Czegoś takiego doświadczyli wczoraj sadownicy na Florydzie. Systemy zraszania nadkoronowego pracowały pełną parą.
Zjawisko to było częścią większego załamania pogody w USA związanego z niestabilnością wiru polarnego. To z kolei pozwoliło mroźnym masom powietrza z dalekiej północy dotrzeć głęboko nad południowe stany USA. Co ciekawe, 2 lutego na słonecznej Florydzie było zimniej niż na Alasce, która kojarzy nam się z dzikością i zimnem…
Wróćmy do sadownictwa. Trwają zbiory truskawek, powoli dojrzewają borówki, a na drzewach wiszą jeszcze pomarańcze. Plantatorzy podjęli wszelkie możliwe działania, żeby chronić rośliny i przyszłe plony. Żeby uzmysłowić sobie ekstremalność zjawiska, trzeba dodać, że Floryda to szerokości geograficzne odpowiadające środkowemu Egiptowi. 2 lutego w tym stanie to mniej więcej pogodowy odpowiednik przełomu maja i czerwca w Polsce.

