Najpierw trzeba było uratować plon
Tego, jak wyglądał ten sezon, nikomu tłumaczyć nie trzeba. Także w Jajkowicach, w gospodarstwie, które pan Jakub Wasiak prowadzi z żoną i rodzicami, przymrozki były bardzo duże. Część sadu chroniły zraszacze przeciwprzymrozkowe i, jak przyznaje nasz rozmówca, efekty różnią się w zależności od odmiany. Na Jonagoldach zraszanie sprawdziło się bardzo dobrze, przy Gali i Goldenie można już bardziej dyskutować. Jest do czego porównać, bo nie całe gospodarstwo jest chronione. Jak wyjaśnia pan Jakub, Gala i Golden w kwaterach bez ochrony też wyglądają bardzo dobrze jak na ten sezon. Inwestycja była duża, a efekt nie wszędzie tak oczywisty, jak można było oczekiwać. – Nie jestem do końca zadowolony, ale zobaczmy, jak to będzie wyglądało z perspektywy kilku lat, bo jeden sezon jeszcze o tym nie świadczy – dodaje.
Przymrozki to jedno, później były susza i upały. Łatwo nie było i nakłady małe nie były. Nasz rozmówca wyjaśnia, że stosuje przede wszystkim proste, sprawdzone rozwiązania, które już wcześniej przetestował. Jest też ostrożny przy stosowaniu regulatorów wzrostu. Jak przyznaje, zawsze mogło być lepiej, ale z tego sezonu jest zadowolony. Nie ma mowy o rekordowych plonach, jednak jak na tak trudny rok wynik jest dobry. W gospodarstwie państwa Wasiaków sama Gala zajmuje 10 ha. Jest też Golden i tutaj naprawdę jest się z czego cieszyć. Na Red Jonaprincu plon jest nieco mniejszy.
Gala jeszcze jest na drzewach, ale część już sprzedana
Zbiór Gali rozpoczął się 11 września i potrwa jeszcze około dwóch tygodni. Później przyjdzie kolej na Goldena i Red Jonaprinca. Owoce mają odpowiedni rozmiar, są dobrze wybarwione i w tym roku wyjątkowo słodkie. Część tegorocznej Gali została już sprzedana.
Pan Jakub z niepokojem patrzy jednak na to, co dzieje się na rynku Gali. Przy kosztach, jakie co roku trzeba ponosić na jej produkcję, część pośredników próbuje dziś kupować owoce poniżej kosztów produkcji. Szczególnie źle ocenia oferty około 1,50 zł/kg za wagę w skrzyni. Jego zdaniem taka stawka w żaden sposób nie pokrywa poniesionych nakładów i wszyscy dobrze o tym wiedzą. – Przy dzisiejszych kosztach to jest karygodne – mówi nasz rozmówca.
Z jednej strony wszyscy mówią o jakości, a z drugiej proponowane ceny zupełnie jej nie odzwierciedlają. Jakość kosztuje i to przede wszystkim sadownika.
Przy takiej produkcji nie ma już z czego ciąć
Można oczywiście powiedzieć, że przy niższych cenach trzeba ograniczać koszty. Tylko że przy Gali, którą chce się sprzedać jako towar premium, możliwości są niewielkie. – Nie ma z czego zrezygnować – mówi producent.
Sam uważa, że wykonuje tylko tyle zabiegów, ile potrzeba, żeby uzyskać wysokiej jakości owoce. Trzeba chronić, przerzedzać (w zależności od sezonu), nawozić i nawadniać, dochodzą do tego wielokrotne zabiegi wapniowe. Jeśli zaczniemy z tego rezygnować, spadnie jakość, a razem z nią także cena.
– To jest cały rok pracy. Noce, święta, weekendy. Nikt nie będzie pracował za darmo – mówi sadownik.
Im mniej przemysłu, tym lepszy wynik
Pan Jakub widzi dziś jeden sposób na poprawę opłacalności – jak największy udział jabłek wysokiej jakości. Jednolite partie i wyrównana jakość pozwalają znaleźć odbiorcę, który szuka jabłek premium i jest gotów za nie zapłacić.
Zwraca przy tym uwagę na prostą rzecz: chronimy i nawozimy całą kwaterę, więc koszt ponosimy na każde jabłko. Jeśli większość owoców sprzedamy jako deserowe, wynik będzie lepszy. Im więcej jabłek trafi do przemysłu, tym niższa będzie średnia cena uzyskana za cały zbiór, chociaż wcześniej na ich produkcję ponieśliśmy takie same nakłady.
Do tej pory w gospodarstwie zebrano około 700 skrzyń Gali, a jabłka przemysłowe to tylko siedem skrzyń. To około 1 proc. zebranego towaru. Pan Jakub uważa, że właśnie na tym można dziś poprawiać opłacalność – nie przez dalsze ograniczanie kosztów, tylko przez produkcję jak największej ilości jabłek, które można sprzedać jako towar wysokiej jakości.
