Zalani importowanymi czereśniami
Wczorajszy artykuł o importowanych czereśniach, które praktycznie zdominowały rynek Rybitwy, wywołał ogromne emocje. Pojawiło się też wiele komentarzy. Część z nich nawiązywała do jakości importowanych owoców. Detaliści niesłusznie atakowali jakość polskich czereśni i rzekomo wygórowane oczekiwania sadowników.
Dziś chcielibyśmy skupić się właśnie na jakości, a dokładnie na tym, że w imporcie wcale nie o nią chodzi. Nie chodzi też o bardziej atrakcyjną cenę dla konsumenta. Jeśli już o coś chodzi, to o cenę, ale tę zakupu dla importera, hurtownika, detalisty i marketu. Na początku zbiorów polskich czereśni do Polski trafia w zdecydowanej większości towar słabej albo co najwyżej przeciętnej jakości. Zasłanianie się konsumentem i wolnym rynkiem można włożyć między bajki – chodzi wyłącznie o zysk.
„Dwójka” czy może „trójka” z Grecji
Wczoraj naszą uwagę przykuły czereśnie z Grecji, oferowane w jednym z marketów w sercu zagłębia grójeckiego. Skupmy się przewrotnie na tym, czego nie ma w tej ofercie:
- nie ma jakości i kalibru
- nie ma świeżości
- nie ma atrakcyjnej ceny
Tak samo jak większość dostaw z Serbii i Turcji, owoce na półce mają 4–6 dni albo więcej. Pod względem świeżości, podobnie jak truskawki, nie mają i nie będą miały żadnych szans w starciu z krajowymi czereśniami. Jako ciekawostkę warto dodać, że moneta o nominale 50 groszy na jednym ze zdjęć ma 20,5 mm średnicy. Partia sprzedawana po 26 zł/kg to owoce o średnicy niewiele ponad 22 mm. Dla porównania – prawie dojrzały Summit. Jakość widoczna na zdjęciach to w czerwcu nie ewenement, tylko codzienność.
Dlaczego nie polskie?
Skoro masowy import do marketów w czerwcu, poza wyjątkami, nie daje ani jakości, ani świeżości, to dlaczego co roku znowu go widzimy? Odpowiedź jest prosta: logistyka i cena. Markety nie mają czasu, chęci ani możliwości kupowania małych ilości od sadowników. Potrzebują zamówić jak najtaniej 5 czy 10 ciężarówek jednorodnego towaru. Najlepiej od jednego dostawcy. Właśnie tu przegrywamy z Serbami, Grekami i Turkami.
Nie wiemy, za ile zostały kupione czereśnie ze zdjęcia, ale raczej była to cena w okolicach połowy ceny detalicznej. I wtedy wszyscy są zadowoleni. Grecki eksporter sprzedaje osobno klasę premium, a przysłowiową dwójkę kupują taniej markety i mniejsi importerzy z Polski. Który z nich miałby zaprzątać sobie głowę tym, że dobija sprzedaż Burlata i Summita? Najważniejsze, że zarobi, a jako uzasadnienie znów poda się wolny rynek.
