Gradobicia w Beneluksie
W maju bieżącego roku gradobicia były częstym zjawiskiem na północy Belgii i w Holandii. Gradobicie w swojej naturze jest zjawiskiem bardzo lokalnym i niesprawiedliwym, właśnie tak jest w Beneluksie. W jednej miejscowości owoce są „czyste”, a w drugiej nadają się wyłącznie do przetwórstwa.
Sadownicy z Holandii i belgijskiej Flandrii już teraz intensywnie myślą o sposobach zagospodarowania uszkodzonych owoców. Praktycznie w jednym momencie trafiliśmy na dwie ciekawe publikacje, oraz ogłoszenia które tworzą nieco szerszy obraz problemu.
Po pierwsze – przetwórstwo
Po pierwsze, oczywistym kierunkiem dla uszkodzonych jabłek i gruszek jest przetwórstwo. Niemniej tamtejsi sadownicy są świadomi, że u nich moce przerobowe małych lub średnich zakładów są bardzo ograniczone – znacznie mniejszej od Polskich czy nawet niemieckich. Większa podaż po sezonie z gradobiciem dodatkowo wpłynie na spadek cen skupu.
Owoce trzeba zebrać, a to przecież koszty. Gdy płaci się za godzinę pracy 10 czy 12 euro to decyzja o zbieraniu owoców, które sprzeda się za kilkanaście eurocentów jest bardzo trudna...
Po drugie – edukacja konsumenta
Jak wiemy, konsumenci przyzwyczaili się do dosłownie idealnych jabłek. Dotyczy to rzecz jasna także Polski. Jakiekolwiek skazy i defekty odrzucane są już na poziomie sadu i sortowni. Dlatego na zachodzie są gospodarstwa, które organizują samozbiory jabłek czy możliwość goszczenia w sadach w trakcie zbiorów.
Cel? Edukacja konsumentów pod hasłem, że jabłko z delikatnym uszkodzeniem czy defektem jest tak samo wartościowe, jak idealne jabłko na sklepowej półce. W dzisiejszych czasach takie akcje warte są pochwały i uznania.
Po trzecie – sprzedać do Polski
Są też sadownicy, którzy jak widać nie chcą kierować jabłek do przetwórstwa, ani edukować konsumentów w swoich gospodarstwach. Trafiliśmy na dwa ogłoszenia sprzedaży jabłek na polskich grupach dyskusyjnych na portalu Facebook. Ktoś powie, że dwa ogłoszenia nic nie znaczą. Niemniej ktoś zdecydował się na taki krok i zamieścił ogłoszenie z prawdziwego konta.
Oto przykład. Sadownik z Geldrii oferuje odmianę Red Boskoop. Szacuje, że 70% owoców jest uszkodzonych. Cena po przeliczeniu to 1,08 zł/kg bez transportu i bez skrzyń. Zbiór za niecały miesiąc. Zatem razem z transportem do Polski i transportem pustych skrzyń do Holandii (lub odwrotnie) cena najprawdopodobniej przekroczy 2,00 zł/kg.
Nie można mieć pretensji do sadownika, który szuka dla siebie najkorzystniejszej opcji sprzedaży, chcąc odzyskać zainwestowane pieniądze. Komentujący raczej nie wierzą, że jakakolwiek transakcja dojdzie do skutku...
źródła: www.agf.nl/www.nieuweoogst.nl
