Nowy rynek zbytu dla jabłek
W piątek (31.07.2026) dowiedzieliśmy się o otwarciu rynku filipińskiego dla polskich jabłek. Świetną informację przekazał minister Stefan Krajewski, który stał na czele delegacji wracającej z targów WOFEX. Szefowa PIORiN, Magdalena Makowska, poinformowała z kolei o finalizacji prac nad ostatecznym brzmieniem dokumentacji fitosanitarnej między krajami. Zainicjowano również procedury zmierzające do otwarcia filipińskiego rynku dla pszenicy konsumpcyjnej i paszowej, cebuli oraz borówki amerykańskiej.
Można wspominać rynek rosyjski i ilości, które tam sprzedawaliśmy. Na razie nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek będziemy mieli takiego odbiorcę na jakiekolwiek płody rolne. Dlatego każda taka informacja powinna nas cieszyć, chociaż duże wysyłki do Azji Południowo-Wschodniej nie będą łatwe.
Potencjał jest duży
Zacznijmy od liczby mieszkańców. Filipiny liczą niemal 118 milionów mieszkańców. To trzy razy więcej niż Polska. Dobra informacja jest taka, że z wyjątkiem eksperymentalnych nasadzeń kraj nie produkuje jabłek. Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego i zwrotnikowego. Tamtejszy klimat zwyczajnie nie pozwala na towarową produkcję. W efekcie import stanowi 100 proc. oferty jabłek na tamtejszym rynku.
Zarobki i nieduże spożycie
Mediana wynagrodzeń jest tam 6–7-krotnie niższa niż w Polsce. Lokalne produkty i usługi są tanie. Niemniej produkty importowane są tam droższe niż na rynkach ich pochodzenia. W efekcie znacznie niższej siły nabywczej, liczonej w dolarach, mieszkańcy kraju nie mogą sobie pozwolić na zakup takiej liczby dóbr jak Europejczycy.
Możemy narzekać na spadającą konsumpcję jabłek w Polsce. Na Filipinach wynosi ona średnio około 1 kg rocznie na osobę. Daje to roczny import jabłek na poziomie ponad 110 tys. ton. Z drugiej strony tamtejsze społeczeństwo bardzo szybko się bogaci. Zatem promocja polskich jabłek może zaowocować większymi wysyłkami w przyszłości.
Nie będziemy sami na rynku
Tytułowy rynek nigdy nie był i nigdy nie będzie pozbawiony konkurencji. O ile kraj wyłącznie importuje jabłka, to pochodzą one głównie z Chin. „Państwo Środka” dostarcza ponad 90 proc. owoców. Pozostałe pochodzą z USA i Nowej Zelandii.
Albo nasza oferta musi być bardziej konkurencyjna, albo dzięki promocji spożycia wypracujemy sobie nieco miejsca na rynku. Jeśli będzie się to odbywało wraz z bogaceniem się tamtejszego społeczeństwa, tym lepiej dla naszych wysyłek. Jak duży może być eksport za 3 czy 5 lat? Nie odważymy się na takie szacunki.
Długi transport morski
Nasze jabłka będą mogły dotrzeć na Filipiny wyłącznie drogą morską. Wojna z Iranem oraz problemy na Morzu Czerwonym sprawiają, że dziś mamy dwie możliwości. Pierwsza to rejs wokół Afryki, który trwa 45–50 dni.
Jest jeszcze druga możliwość, czyli Północna Droga Morska przez wody Arktyki. Chińczycy testowali ją już w ubiegłym roku. Skraca ona czas rejsu z portów północnoeuropejskich do chińskich do 18–20 dni. Niestety po wodach Arktyki można swobodnie pływać od lipca do listopada. Ze względu na wojnę i sankcje nie pływają tamtędy najwięksi armatorzy: MSC, Maersk i CMA CGM. Pływają natomiast Chińczycy i to z nimi trzeba by się dogadać...
