Pomińmy już dyskusję, czy lepiej sadzić jesienią, czy dopiero po zimie. Dla mnie pozostawienie świeżo posadzonych krzewów na zimowanie w polu zawsze jest dodatkowym ryzykiem. Wielu plantatorów tak jednak robi. Być może po tym sezonie chętnych będzie mniej, bo młodych kwater wymarzło naprawdę sporo.
Więcej pytań pojawia się przy tym, w co i jak sadzić. Tu pomysłów nie brakuje, zwłaszcza takich, które mają obniżyć koszt założenia plantacji. Nie ulega wątpliwości, że odpowiednia ilość materii organicznej to duży wydatek. Każdy szuka oszczędności. Problem zaczyna się wtedy, gdy kilka lat później za te oszczędności płacimy słabą kondycją krzewów i plonem.
Czego unikać?
Jednym z pomysłów jest podłoże popieczarkowe. Sadownicy z powodzeniem wykorzystują je przed założeniem sadów albo do ściółkowania. Oszczędny Polak zapyta więc: a dlaczego nie do borówki?
A ja odpowiem: bo nie.
Widziałem już plantacje po takich eksperymentach i nie były to efekty, na jakie liczono. Pół biedy, jeśli „popieczarka” została delikatnie rozsypana po powierzchni jako ściółka. Gorzej, jeśli trafiła jako istotny element podłoża pod nowe nasadzenie.
Owszem, podłoże po uprawie grzybów zawiera torf. Tyle że jest też odkwaszane ogromną, z punktu widzenia borówki, ilością kredy i często ma wysokie zasolenie. Efekt? Zamiast rosnąć, krzewy raczej się kurczą.
Widziałem plantację, gdzie po czterech latach takie krzewy wykopano, rzędy przygotowano od nowa z dużą ilością torfu i materii sosnowej, a potem posadzono te same rośliny. W jeden sezon urosły więcej niż przez kilka poprzednich lat.
Drugi pomysł to kompost z miejskich kompostowni. Tu mamy trochę ruletkę. Nigdy do końca nie wiadomo, co przyjedzie. Raz mogą to być zmielone choinki, innym razem masa liści z parków, w tym dębowych. Do tego odpady bio z posesji, odsort ze śmieci komunalnych, a czasem również to, co zostało po zimowym utrzymaniu miasta.
Może trafić się materiał, który borówkom nie zaszkodzi. Może też przyjechać kompost o dużym zasoleniu albo zawierający sporo materiału z dębów. Jednego można być za to niemal pewnym: razem z nim na pole często trafia podarty plastik i potłuczone szkło.
Widziałem plantację, gdzie taki kompost wysypano jako ściółkę. Później wiele dniówek trzeba było przeznaczyć na wybieranie szkła, żeby pracownicy nie kaleczyli się podczas zbioru.
Kolejny „wynalazek” to wytłoki i odpady po tłoczeniu soku jabłkowego. Jeśli jest ich niewiele i zostaną wymieszane z inną materią organiczną, nie musi być problemu. Gorzej, gdy trafią na powierzchnię. Wraz z nimi przyjeżdżają tysiące pestek, a z nich wyrastają siewki jabłoni. Szybko się korzenią i później mamy kolejny chwast do zwalczania.
Po latach kombinowania wracamy do podstaw
Na jednym ze spotkań branżowych rozmawiałem z plantatorem, który ma już kilka lat doświadczeń z zakładaniem plantacji. Próbował różnych oszczędności. Po latach stwierdził krótko: całe kombinowanie nie miało sensu, bo tylko tworzyło problemy, które później trzeba było naprawiać.
Nie ma to jak dobry kwaśny torf zmieszany z materią z drzew iglastych o różnej frakcji. Można pomyśleć o dodatku wolniej rozkładającej się materii, na przykład węgla brunatnego. Nie będzie też błędem nawóz organiczny o pewnym pochodzeniu, chociażby obornik. Przy oborniku trzeba tylko uważać na azot. Jeżeli ktoś chce sięgać po taki materiał, musi znać jego skład, pH i zasolenie. Obornik nie jest dodatkiem, który do borówki można polecać w ciemno.
Sam torf też ma swoje problemy. Przy mokrej pogodzie jego wydobycie jest utrudnione, a dobrej jakości surowiec przyjeżdża między innymi z Litwy czy Białorusi, więc dochodzą kwestie transportowe i geopolityczne. Można więc pół żartem, pół serio powiedzieć, że dla plantatora borówki torf jest materiałem strategicznym. Dobrze mieć go w zapasie i kupować wtedy, kiedy jest dostępny w rozsądnej cenie.
Głęboko czy płytko?
To kolejne pytanie przy zakładaniu plantacji: jak głęboki powinien być rów pod materię organiczną? Najpierw powiedziałbym: szeroki. Zależy nam przecież na tym, żeby korzenie miały do dyspozycji jak największą objętość odpowiednio przygotowanej gleby, a nie wąską szczelinę.
Z głębokością jest już inaczej, bo tu dużo zależy od stanowiska. Na lekkich, przewiewnych piaskach można zejść głębiej i dobrze wymieszać materię z glebą. Tam większym problemem jest utrzymanie wody niż jej nadmiar. Wysoki wał może więc działać przeciwko nam, bo będzie szybciej przesychał.
Na cięższych glebach albo tam, gdzie zimą wysoko podnosi się woda gruntowa, nie ma sensu schodzić głęboko. Korzenie ani w glinę, ani w wodę nie pójdą. Lepiej dać im więcej dobrej przestrzeni nad powierzchnią i usypać wyższy wał.
Co na górę?
Po posadzeniu trzeba jeszcze czymś przykryć glebę, bo inaczej szybko przegramy walkę z chwastami. Jeśli budżet na starcie jest większy, można zdecydować się na folię albo tkaninę. To rozwiązanie droższe nie tylko dlatego, że trzeba kupić i rozłożyć materiał. Przez kolejne lata pod taką okrywę trudno będzie dosypywać materię organiczną, więc możliwie dużo trzeba jej dać już podczas zakładania plantacji. To spory koszt, choć nie zawsze od razu go widać.
Wybór między folią a tkaniną dobrze uzależnić przede wszystkim od wody. Na lekkich glebach, gdzie wilgoć trudno utrzymać, folia ograniczy parowanie. Tam, gdzie gleba jest naturalnie wilgotniejsza, a wiosną nawet zbyt mokra, lepsza może być przepuszczalna tkanina.
Klasycznie, czyli drewno
Zostaje też klasyczne ściółkowanie materiałem drzewnym. I tutaj również można popełnić błąd. Nie jestem zwolennikiem drobnych, świeżych trocin. Łatwo się rozsypują, ale równie łatwo zbijają. Powstaje warstwa słabo przepuszczająca wodę i powietrze, a usypana wysoko pomiędzy młodymi pędami może sprzyjać ich zagniwaniu. Do tego sporo lekkiego materiału po prostu wywieje wiatr. Lepszym wyborem będzie kora albo zrębka z drzew iglastych, ewentualnie wymieszana z trocinami. Większa frakcja przepuszcza wodę, a sucha powierzchnia dobrze utrudnia kiełkowanie chwastów.
Trzeba tylko patrzeć, co rzeczywiście przyjechało. Spotkałem plantatora, który zamówił przez internet korę iglastą. Po wysypaniu materiału na plac już po zapachu było wiadomo, że jest tam sporo drewna liściastego, także dębowego, a ziemi zgarniętej z placu chyba więcej niż samej kory. Na plantację oczywiście to nie pojechało.
Ważny jest też termin ściółkowania. Wiosnę i lato bym odpuścił. Najlepsza jest jesień albo zima, kiedy nie ma ryzyka zasypania młodych, dopiero wybijających pędów. To na ich wzroście najbardziej nam przecież zależy.
To, co napisałem powyżej, nie jest sprawdzonym przepisem na sukces. Bardziej przestrogą, żeby przy zakładaniu plantacji nie szukać za wszelką cenę kolejnych wynalazków. Najtańsze rozwiązanie bardzo często przestaje być tanie, kiedy kilka lat później trzeba naprawiać jego skutki.
