Zacznijmy od tego, że należąc do Unii Europejskiej i strefy Schengen handel międzynarodowy jest znacznie prostszy. Dzięki unijnej umowie o swobodnym przepływie towarów i usług, wystarczy jechać do danego kraju, wyłożyć gotówkę, kupić owoce i sprzedawać je w Polsce z zyskiem. Można odnieść wrażenie, że w tym roku takich importerów zaczęło działać znacznie więcej. Ostatnio pisaliśmy o obcokrajowcach tak sprzedających na krakowskim rynku hurtowym [Kraków zalany importowanymi czereśniami].
Sadownicy widząc to, co działo się na rynkach hurtowych, często nie przebierają w słowach. Tak też było w tym sezonie już kilkukrotnie z czereśniami. Żeby sprzedać, trzeba obniżać ceny do poziomu z lat urodzajnych.
Ale niezadowoleni z procederu są również hurtownicy działający na rynkach hurtowych. To z powodu kosztów, jakie ponoszą. Prowadzą legalną działalność gospodarczą, opłacają składki ZUS, wynajem powierzchni handlowej na rynkach hurtowych. Koszty takiej działalności są bardzo wysokie w porównaniu z opisywanym wyżej importem. Hurtownicy nie są w stanie sprzedawać po takich cenach, jak importerzy kupujący bezpośrednio za granicą.
Warto w tym miejscu wspomnieć o kolejnej bardzo ważnej kwestii. Na wielu rynkach hurtowych w Polsce obowiązuje regulaminowy zakaz handlu importowanymi płodami rolnymi pod gołym niebem. Żeby to robić należy wynająć boks i prowadzić sprzedaż w hali. Można ulec wrażeniu, że w tej sadownicy i hurtownicy mają wspólny interes.
Karol Pajewski

