Przy zbiorach jabłek ciągnik nie wykonuje wyjątkowo ciężkiej pracy. Ciąganie wózków, platformy czy dowóz jabłek do przechowalni nie wymagają dużej mocy, a mimo to w wielu gospodarstwach do takich zadań trafiają maszyny o mocy 70, 80 czy nawet ponad 100 KM. Zdaniem Cezarego Rokickiego (SAD ROKICKI) z Białej Rawskiej przy obecnych cenach paliwa warto policzyć, ile kosztuje taka „nadwyżka” mocy. Jeszcze wiosną 7,50 zł/l oleju napędowego wydawało się rekordowo drogo. Dziś liczymy już około 9 zł/l, a bywa, że na stacjach ceny są jeszcze wyższe. Przy ciągniku pracującym przez cały dzień podczas zbiorów różnica w spalaniu naprawdę ma znaczenie.
Do każdej pracy inny ciągnik
W gospodarstwie Cezarego Rokickiego ciągniki są dobierane do konkretnych zadań. Przy zwalczaniu chwastów pracuje maszyna o mocy niespełna 30 KM, do wagoników około 34 KM, przy opryskiwaczach około 43 KM, a do podcinania korzeni około 50 KM. Jest też ciągnik o mocy około 200 KM, ale ten ma zupełnie inne zadanie – głęboszowanie, orkę i najcięższe prace.
Pierwszą Kubotę Cezary Rokicki kupił około 15 lat temu i, jak podkreśla, już wtedy najważniejsza była dla niego ekonomia. Dziś ma kilkanaście ciągników, ale większość kupił z drugiej ręki, następnie remontował i dostosowywał do konkretnych prac w gospodarstwie. Dzięki temu zamiast jednej czy dwóch drogich, nowych maszyn ma kilka znacznie tańszych ciągników, z których każdy wykonuje określone zadanie i zużywa tyle paliwa, ile rzeczywiście potrzeba do danej pracy.
Do zbiorów nie potrzeba dużej mocy. Do platform Cezary Rokicki wykorzystuje między innymi Kuboty o mocy około 32 KM. Jak mówi, przy tej pracy liczy się przede wszystkim niskie spalanie i to, żeby ciągnik spokojnie wykonał swoje zadanie przez cały dzień. Przy prostych zadaniach nie widzi potrzeby kupowania dużego, drogiego ciągnika tylko dlatego, że jest nowy i ma więcej mocy.
Według jego pomiarów niewielka Kubota przy zbiorach spala około 0,5–0,7 l oleju napędowego na godzinę. Przy paliwie po 9 zł/l daje to około 4,50–6,30 zł za godzinę pracy. Jeśli ciągnik pracuje przy zbiorach przez 10 godzin, na samo paliwo wychodzi około 45–63 zł dziennie.
60 litrów paliwa i około 140 ton jabłek
Zbiorniki w wykorzystywanych przez niego małych ciągnikach mają po około 30 litrów. Dwa pełne zbiorniki, czyli około 60 litrów oleju napędowego, wystarczają mu na zwiezienie wagonikami do komór około 140 ton jabłek. Przy cenie 9 zł/l to około 540 zł paliwa. Tanio i tak nie jest, ale dużo lepiej, jeśli porównamy to z większym ciągnikiem. Przy ciągniku o mocy około 75 KM trzeba już liczyć 3–4 l/h, a więc 27–36 zł za godzinę. Zatem przy 10 godzinach zbiorów większa maszyna może spalić paliwa za 180–270 zł więcej dziennie.
Mały plon jeszcze mocniej obnaża koszty
Jako przykład sadownik podaje swoją kwaterę Red Jonaprinca. W poprzednim roku zbierał około 70–75 ton z hektara. W tym sezonie są rzędy, z których zebrał po dwie skrzynie. Ciągnik nadal musi jednak przejechać cały rząd. Przy tak niskim plonie różnica między 1 a 4 litrami paliwa na godzinę jest znacząca.
Nie chodzi o oszczędzanie za wszelką cenę
Jak dodaje nasz rozmówca, sam zaczął liczyć paliwo dużo wcześniej, kiedy olej napędowy kosztował jeszcze 3–4 zł/l. Już wtedy szukał sposobu, żeby ograniczyć zużycie o kolejny tysiąc litrów w sezonie. Podobnie podchodził do energii – inwestował w fotowoltaikę, gdy kilowatogodzina kosztowała około 30 groszy. Jak mówi, nie chodzi o to, żeby oszczędzać na wszystkim, ale żeby nie wydawać pieniędzy tam, gdzie nie przynoszą gospodarstwu żadnego efektu.
W obecnych realiach nie wygrywa ten, kto ma najwięcej koni mechanicznych, tylko ten, kto potrafi policzyć koszty. Cezary Rokicki nie ma wątpliwości – dziś sadownika może uratować przede wszystkim ekonomiczne podejście do każdej pracy w gospodarstwie. Inwestować warto tam, gdzie ma to sens. Reszta to niepotrzebny koszt, który przy słabszych sezonach będzie bardzo ciążyć.
