To włoska maszyna elektryczna marki Aria, w tym przypadku zasilana agregatem, która ma chronić sad czereśniowy. Sadownicy postawili na urządzenie z silnikiem o mocy 25 kW, zamontowanym na szczycie wieży. To napęd bezpośredni, bez przekładni kątowych i skrzyni biegów, co ogranicza straty mocy. Zużycie paliwa w przypadku generatora szacowane jest na około 8 litrów na godzinę.
Rodzinne gospodarstwo
Państwo Jarosławscy prowadzą rodzinne gospodarstwo sadownicze. Pracują w nim wspólnie rodzice i dwóch braci – Damian i Piotr. W strukturze upraw są jabłonie, grusze, czereśnie i truskawki.
Całe gospodarstwo ma około 28 hektarów. Samej czereśni, licząc starsze i młode nasadzenia, jest około 7 hektarów. Jedna z dwóch działek, na których rośnie ten gatunek, ma 3,5 hektara i tam rośnie wyłącznie czereśnia. W drugiej lokalizacji areał jest podobny.
Najwięcej jest Kordii
Jeśli chodzi o odmiany, najwięcej w sadzie jest Kordii, Carmen i Reginy. Są też wcześniejsze odmiany, jak Kasandra, trochę Burlata i Summita, a z późniejszych między innymi Tamara.
Pan Damian nie ma wątpliwości, która odmiana nadal wygrywa. Jego zdaniem numerem 1 wciąż jest Kordia. Decydują o tym wygląd, smak, jakość owoców i trwałość w obrocie. Jak mówi, mimo wielu nowych odmian Kordia nadal jest bardzo trudna do zastąpienia.
Nowości jeszcze za młode
W gospodarstwie są też młode nasadzenia kilku nowych odmian z serii Sweet. Na razie to jednak zbyt wczesny etap, żeby wyciągać dalej idące wnioski. Drzewa są młode, zbiory były jeszcze małe i trudno dziś ocenić, jak te odmiany będą się sprawdzały w handlu.
Pierwsze obserwacje już jednak są. Pan Damian mówi, że w tych odmianach mocniej widać podatność na choroby. To będzie wymagało większej uwagi w kolejnych latach.
Dlaczego wiatrak stanął w czereśniach
Pytamy, dlaczego wiatrak stanął właśnie w sadzie czereśniowym, a nie w gruszach. Odpowiedź jest prosta. Czereśnia jest bardziej wrażliwa. To, czego nie zniszczy mróz, często później zabierają choroby. Właśnie dlatego inwestycja trafiła tutaj.
Sadownicy zwracają też uwagę na skalę możliwych strat. Jedna mroźna noc i przykładowe 40% uszkodzeń oznacza plon mniejszy o 40%. Ponadto w ostatnich latach zdarzało się, że przymrozki w tym miejscu skutecznie obniżały plonowanie.
Ogniska to za duży wysiłek
Do tej pory przy przymrozkach w czereśniach często trzeba było palić ogniska. Jak mówi pan Damian, to rozwiązanie bardzo pracochłonne i męczące. Trzeba wcześniej przygotować opał, później przez całą noc pilnować ognia, a rano zamiast odpocząć trzeba szykować wszystko od nowa na kolejną noc.
Jeśli temperatura spada od godziny 22 czy 23 i mróz trzyma do rana, sadownicy zostają w sadzie przez 8–10 godzin. Przy kilku nocach z rzędu robi się z tego ogromny wysiłek. Dlatego wiatrak ma przede wszystkim zmniejszyć straty, uprościć logistykę i obniżyć koszty samej ochrony.
Jedna maszyna, prostsza logistyka
W tym konkretnym miejscu znaczenie miała też logistyka. Wiatrak stanął w kwaterze, gdzie jedna maszyna ma szansę dobrze spełnić swoje zadanie. Trzeba też podkreślić, że mimo ceny urządzenia i jego ograniczeń taki system wygrywa logistycznie z innymi formami ochrony.
Jak zaznacza sadownik, przy ogniskach trzeba być w sadzie całą noc. Piecyki to jeszcze trudniejsza logistyka przy większym obszarze. Przy wiatraku również trzeba kontrolować, czy wszystko działa prawidłowo, ale w jednym miejscu i na obszarze 5–7 hektarów. To zupełnie inna skala pracy własnej.
Nie tylko przymrozki
Państwo Jarosławscy liczą też na przydatność tej maszyny po długich deszczach, kiedy trzeba szybciej osuszyć drzewa i owoce. Obok ograniczenia pękania liczą również na mniejszą presję chorób.
To może mieć duże znaczenie zwłaszcza przy ograniczaniu pękania czereśni. W ostatnich latach właśnie deszcze przed zbiorem mocno psuły plon, szczególnie na późnych odmianach. Jak mówi pan Damian, przez dwa ostatnie sezony pięknie zapowiadająca się Regina kończyła ze znacznymi stratami, bo owoce pękały i nie nadawały się do handlu.
Wiatrak ma dać więcej niż jedną funkcję
Skoro wiatrak już stoi, powinien pracować nie tylko przez kilka nocy w roku, ale przydawać się także w innych trudnych momentach sezonu.
– Im więcej razy maszyna zadziała na naszą korzyść, tym szybciej zwróci się inwestycja – podsumowuje z uśmiechem pan Damian.
