Zerwanie łańcuchów dostaw po przymrozkach?
Po przymrozkach z ostatniego tygodnia kwietnia pojawiły się wypowiedzi o niebezpiecznych następstwach bardzo niskich zbiorów. Najczęściej wracały dwa wątki:
- Wypchnięcie z rynku. Przez brak owoców i wysokie ceny na rynku krajowym zagraniczni odbiorcy oraz sieci handlowe zastąpią polskie produkty stałym importem z innych krajów, gdzie przymrozków nie było.
- Zerwanie łańcuchów dostaw. Sadownicy i eksporterzy, nie mając towaru do sprzedaży, przerwą ciągłość dostaw do dotychczasowych partnerów handlowych. Odbudowanie tych relacji i powrót na utracone rynki w kolejnych latach ma być niezwykle trudne albo wręcz niemożliwe.
O ile pierwsze zjawisko jest prawdopodobne, choć jabłek na krajowym rynku nie zabraknie, o tyle drugie można dosłownie włożyć między bajki. I jest na to bardzo dobry, bo namacalny dowód.
Turcy teoretycznie powinni mieć problem
Najlepszym kontrargumentem są czereśnie z Turcji. W ubiegłym roku niszczycielskie przymrozki spowodowały tam ogromne straty. W efekcie tureckie czereśnie były w Polsce rzadkością. W 2024 roku sprowadziliśmy stamtąd blisko 3000 ton, a przed rokiem zaledwie 118 ton świeżych czereśni.
Gdyby wspomniana teza była prawdziwa, Turcy powinni mieć w tym roku problem z powrotem na polski rynek. Tymczasem jest odwrotnie. Od pewnego czasu na rynkach hurtowych nie brakuje tureckich czereśni, a ich ceny systematycznie spadają. Po wiośnie bez przymrozków wiele wskazuje na to, że import wróci do poziomu sprzed dwóch czy trzech lat.
Wniosek jest prosty. Odbudowanie relacji handlowych i powrót na rynki docelowe nie są dziś żadnym szczególnym wyzwaniem. Gdyby było inaczej, Turcy mieliby problem ze sprzedażą swoich nadwyżek, a nic na to nie wskazuje. Liczy się konkurencyjna oferta i dostępność towaru.
Wolny rynek
Doskonale wiemy, że działamy w warunkach wolnego rynku. Jeśli za rok zbierzemy 5 milionów ton jabłek, ich ceny będą niskie. Nie miejmy co do tego złudzeń. Jeśli założymy, że nie pojawią się problemy prawne, transportowe czy celne, to czy Hindusi, Egipcjanie, Rumuni albo Niemcy wybiorą droższe jabłka z Włoch tylko dlatego, że rok wcześniej nie kupili owoców z Polski z powodu małej podaży? To tak nie działa.
Naszej oferty nie zastąpi też w trwały sposób oferta z Serbii, Mołdawii, Ukrainy czy Europy Zachodniej. O miejscu na rynku decydują cena, jakość, logistyka i dostępność towaru. Jeśli polskie jabłko znów będzie konkurencyjne, odbiorcy wrócą.
