To nie jest akcja organizowana przez żadną instytucję. To zwykła, ludzka pomoc. W gospodarstwie jednego z sadowników doszło do tragedii. Pożar dotknął jego gospodarstwo. Dziś nie został z tym sam.
W sadzie pracuje kilkadziesiąt osób
W Janowie, niedaleko Białej Rawskiej, od rana pracuje grupa ludzi, którzy postanowili pomóc koledze w cięciu sadu. Jak słyszymy, na miejscu jest około 20–30 osób. Wśród nich są nie tylko mężczyźni, ale także kobiety.
W sadzie pracują dwie platformy samojezdne. Łącznie jest na nich około 10 osób, a pozostali tną z dołu. Każdy robi to, co w tej chwili najpotrzebniejsze, żeby jak najszybciej pomóc gospodarzowi uporać się z pracą.
Czasu nie da się zatrzymać
Do pożaru doszło kilka dni temu. Nocą z 14 na 15 marca. Doszło do ogromnych zniszczeń.
Gdy w gospodarstwie dzieje się nieszczęście, prace w sadzie i tak trzeba wykonać. Właśnie dlatego każda para rąk ma dziś znaczenie. Taka pomoc naprawdę ma wartość, bo pozwala wykonać to, czego w pojedynkę w takiej sytuacji nie dałoby się zrobić na czas. Ta inicjatywa pokazuje, że w sadownictwie nadal jest miejsce na solidarność i zwykłą sąsiedzką pomoc. Bez wielkich słów i bez rozgłosu...

