W tym roku jabłek będzie o wiele mniej niż zazwyczaj
Zdaniem Piotra Zielińskiego w tym roku zbierzemy znacznie mniej jabłek niż zazwyczaj. Sytuacja jest nieco lepsza niż wydawało się od razu po przymrozkach, ale i tak będą to zbiory znacząco odbiegające od potencjału produkcyjnego. Według niego oznacza powrót do poziomu sprzed wielu lat, mimo ogromnych inwestycji w sadownictwo.
Jak ocenia nasz rozmówca, przez lata branża inwestowała w nowe kwatery, chłodnie, sortownie, opryskiwacze, ciągniki i całą infrastrukturę. Tymczasem pogoda zmieniła się szybciej niż sposób myślenia o produkcji. Wiosenne przymrozki, susza i coraz większa niestabilność opadów sprawiają, że sam sprzęt i sama technologia już nie wystarczają.
Dziś najważniejsza jest woda
Według niego w sadownictwie kluczowa jest woda. Bez niej nie da się ograniczyć skutków suszy, a także części strat po przymrozkach. Jego zdaniem, gdybyśmy umieli zatrzymywać więcej wody opadowej, łatwiej byłoby chronić sady, poprawić stan wód powierzchniowych i zasilić całe rolnictwo.
Doradca przypomina też prostą zależność. Gdy jest wilgoć i opady, ryzyko przymrozków jest mniejsze. Gdy jest sucho, gleba szybciej się wychładza i straty mogą być większe. Dlatego brak wody uderza w sad dwa razy: najpierw przez suszę, potem przez większą podatność na wiosenne spadki temperatury.
Bez retencji stracimy to, co już zbudowaliśmy
Piotr Zieliński uważa, że bez zatrzymywania wody zaczniemy tracić to, co przez lata zostało zbudowane za ogromne pieniądze. Chodzi o sady, chłodnie, sortownie, przetwórstwo i cały potencjał eksportowy. Jeśli nie będzie wody, nie będzie też stabilnego plonu. A bez plonu nawet najlepsza infrastruktura przestaje mieć znaczenie.
Jeśli przez kolejne lata sad traci plon przez przymrozki i suszę, to wcześniejsze dotacje i wydatki na infrastrukturę przestają się zwracać. Budynek stoi, sprzęt stoi, ale owoców brakuje. Właśnie dlatego trzeba zmienić kolejność myślenia o inwestycjach. Najpierw trzeba zabezpieczyć produkcję wodą. Dopiero wtedy kolejne inwestycje mają pełny sens.
Nasz rozmówca mówi o zbiornikach buforowych, małej retencji, stawach, jazach, rowach nawadniających i szerzej o odbudowie stosunków wodnych. W jego ocenie Polska traci dziś ogromne ilości wody opadowej. Gdyby udało się zatrzymać choć część tych zasobów, skala strat w sadownictwie byłaby mniejsza.
To uderza także w przetwórstwo i eksport
Mniejsza i niestabilna produkcja to problem nie tylko dla sadownika. To uderza też w zakłady przetwórcze, które przez lata inwestowały z myślą o określonej ilości surowca, a także w grupy producenckie i firmy handlowe.
Same studnie nie załatwią sprawy
Jeśli nie poprawimy retencji, a wszyscy zaczną sięgać po wody podziemne, tych zasobów zacznie brakować. Wtedy pojawią się kolejne konflikty i kolejne ograniczenia.
Piotr Zieliński uważa, że potrzebna jest zmiana myślenia o wodzie na poziomie całego państwa. Nie chodzi o jedną dopłatę ani o jeden program. Chodzi o długofalowy plan, który obejmie retencję, prawo wodne, finansowanie i odbudowę stosunków wodnych. Równie ważne byłyby długoterminowe, nisko oprocentowane kredyty na zbiorniki, stawy i inne inwestycje, które pozwolą zatrzymywać wodę.
W jego ocenie dziś trzeba policzyć, ile kosztowałaby taka zmiana i ile kosztuje jej brak. Bo straty po przymrozkach, suszy i kolejnych anomaliach pogodowych liczone są już nie w pojedynczych gospodarstwach, ale w całym sektorze.
