Sad24
StoryEditor

Tysięczny sklep Lidla w Polsce. Czy sadownicy mają powody do świętowania?

Data:  28 lipca 2026Autor:
28 lipca 2026

Przeczytałem, że Lidl otwiera w Polsce tysięczny sklep. Klienci pewnie się cieszą. Kolejna placówka, większa dostępność, promocje, wygodne zakupy. Dla konsumenta brzmi to jak dobra wiadomość. Ja jednak, jako sadownik, nie potrafię patrzeć na tę informację z takim entuzjazmem.

Przeczytałem, że Lidl otwiera w Polsce tysięczny sklep. Klienci pewnie się cieszą. Kolejna placówka, większa dostępność, promocje, wygodne zakupy. Dla konsumenta brzmi to jak dobra wiadomość. Ja jednak, jako sadownik, nie potrafię patrzeć na tę informację z takim entuzjazmem.

Widzę przede wszystkim rynek, na którym największe sieci handlowe mają coraz więcej sklepów, pieniędzy i możliwości. Widzę dostawców, którzy mają coraz mniej do powiedzenia. Widzę przyszłość, w której o tym, co trafi na półkę, za ile zostanie sprzedane i ile dostanie za to producent, decydują nie sadownicy, lecz handlowi giganci.

Konsument chce tanio. Sadownik musi przetrwać

Rozumiem konsumenta. Sam robię zakupy. Wiem, że rachunki rosną, a każdy patrzy, gdzie można zapłacić mniej. Wiem też, że promocja przyciąga klientów.

Ale jestem po drugiej stronie sklepowej półki. Żeby wyprodukować owoce, muszę zapłacić za nawozy, środki ochrony roślin, paliwo, pracowników, energię, opakowania, chłodzenie i transport. Do tego dochodzi ryzyko pogody, chorób i strat, których nie da się przewidzieć.

Rozumiem zasady ekonomii. Sam liczę koszty, planuję produkcję i sprzedaję własny towar. Wiem, że rynek musi być konkurencyjny. Wiem, że klient nie zapłaci każdej ceny.

Ale konkurencja między pojedynczym gospodarstwem a siecią posiadającą tysiące sklepów nie jest już równą walką. To nie jest dwóch podobnych graczy przy jednym stole. To producent, który musi szybko sprzedać dojrzałe owoce, naprzeciwko firmy mogącej wybierać spośród wielu dostawców i kierunków importu.

Tysiąc sklepów oznacza tysiąc razy większą presję?

Lidl ma już w Polsce 1000 sklepów, a Biedronka ponad 3800. Dla klientów oznacza to wygodę. Dla sieci – ogromną siłę zakupową i negocjacyjną.

Kto ma tysiące placówek, ten może zamawiać wielkie ilości, organizować ogólnopolskie promocje i dyktować warunki. Może powiedzieć producentowi: „Sprzedaj taniej albo znajdziemy kogoś innego”.

Tylko że sadownik nie może powiedzieć dojrzałym czereśniom, żeby poczekały na lepszą cenę. Borówka nie zatrzyma dojrzewania, bo sieć akurat chce obniżyć koszty. Jabłka nie będą czekały bez końca, aż ktoś uzna, że polski producent zasługuje na uczciwą zapłatę.

Konsument widzi promocję. Ja widzę rachunek.

Klient widzi niską cenę i wkłada owoce do koszyka. Nie widzi godzin pracy, kosztów produkcji ani ryzyka, które ponosi gospodarstwo. Nie widzi także, że za atrakcyjną promocję może zapłacić nie sieć handlowa, lecz dostawca.

Wtedy tani koszyk nie jest już wyłącznie efektem sprawnej organizacji handlu. Staje się rachunkiem wystawionym producentowi.

A producent, który regularnie sprzedaje poniżej opłacalności, ma tylko trzy możliwości: zadłużyć się, ograniczyć produkcję albo zlikwidować sad.

Polski sezon, zagraniczny towar

Najbardziej boli, gdy w środku sezonu na polskie czereśnie czy borówki sklepy urządzają wielkie promocje, ale zamiast wykorzystać krajowe owoce, sięgają po import.

Na reklamie wszystko wygląda pięknie. Kolorowe opakowanie, hasło o świeżości, atrakcyjna cena. Tylko że za tą ceną może stać polski sadownik, któremu właśnie odbiera się rynek w najważniejszym momencie sezonu.

To nie jest dla mnie zwykła konkurencja. To przewaga zbudowana na skali, kapitale i możliwości szybkiej zmiany dostawcy. Ja mam sad, ludzi, sprzęt i owoce, których nie da się przełożyć na przyszły tydzień. Sieć ma wybór.

Najtańszy koszyk może mieć wysoką cenę

Dzisiaj konsument cieszy się, że kupił owoce taniej. Jutro może się jednak okazać, że polskich sadów jest mniej, produkcja krajowa słabnie, a rynek coraz bardziej zależy od importu.

Jeśli sadownik nie zarabia, nie inwestuje. Jeśli nie inwestuje, nie odtwarza produkcji. A kiedy krajowych gospodarstw zabraknie, ceny niekoniecznie pozostaną niskie. Wtedy o rynku będą decydować zagraniczni dostawcy, transport, kursy walut i sytuacja poza Polską.

Tani koszyk może więc oznaczać drogi rachunek – tylko odroczony w czasie.

Ładne deklaracje i twarda rzeczywistość

Sieci handlowe chętnie informują, że wspierają lokalnych i polskich producentów. Takie komunikaty dobrze wyglądają w reklamach, raportach i materiałach promocyjnych.

Tylko że rzeczywistość często pokazuje coś innego. Kiedy przychodzi sezon, liczy się przede wszystkim cena, dostępność i marża. A hasło „lokalny producent” przegrywa wtedy z tańszym dostawcą z innego kraju.

Nie mam pretensji do konsumenta, że szuka oszczędności. Mam pretensję do systemu, w którym cała presja cenowa spada na najsłabszego uczestnika łańcucha.

Lidl może świętować tysięczny sklep. Biedronka może otwierać kolejne placówki. Klienci mogą cieszyć się dostępnością i promocjami.

Ja, jako sadownik, nie mam jednak powodów do świętowania. Widzę, że sieci handlowe coraz mocniej władają rynkiem świeżych owoców, a moja pozycja z każdym rokiem staje się słabsza. Bo promocja na polskie owoce nie powinna być promocją na stratę polskiego sadownika.

Jan Sadowski

28. lipiec 2026 14:40