Nie tylko nowe hektary
Dziś temat nowych nasadzeń wzbudza zazwyczaj sporą dyskusję. Wielu osobom na pierwszy rzut oka kojarzy się z dokładaniem kolejnych hektarów. W rzeczywistości o konieczności podjęcia decyzji o nowym sadzie decyduje naprawdę dużo czynników, czasami losowych. Wiosna to również czas wymiany sadów, które nie spełniły oczekiwań. Tak było w tym przypadku. Łukasz Cielma sadzi nowy sad na kwaterze po wyrwanej Gali. To nie jest więc historia o powiększaniu gospodarstwa, ale o wymianie nasadzenia, które miało dawać plon, a finalnie trzeba je było usunąć.
Gala okazała się pomyłką
Sad, który został wyrwany, był sadzony jesienią pięć lat temu. Jak mówi sadownik, drzewka były przeazotowane. Później przyszły mrozy i kwatery nie udało się już dobrze wyprowadzić. Próby ratowania były, ale efektu nie było. Gala zaowocowała tylko raz. To był jednocześnie pierwszy i ostatni plon z tej kwatery.
Bez poplonu, ale po głęboszu
W takich sytuacjach od razu pojawia się też dyskusja o konieczności odpoczynku gleby i długim przygotowaniu stanowiska. W tym przypadku sadownik zdecydował inaczej. Jak mówi, ma tu bardzo dobrą glebę i nie widzi potrzeby dodatkowego „ulepszania” jej na siłę.
Dlatego nie robił poplonów. Gala została wyrwana, gleba głęboszowana, oczyszczona z resztek korzeni i przygotowana do sadzenia. W jego ocenie na takim stanowisku to wystarczy. Być może, gdyby gleba nie była tak dobra, zdecydowałby się na inne podejście. Słupy z konstrukcji wspierającej zostały – nowe drzewka trafiły w te same rzędy.
W miejsce Gali wchodzi Golden
Na tej kwaterze sadownik sadzi teraz drzewka odmiany Golden Delicious. Co ważne, zdecydował się na dwa typy podkładek. W nieco niższym miejscu Golden idzie na podkładce M.26 i w rozstawie co 75 cm. Wyżej sadownik sadzi Goldena na M.9, co 65 cm. Zależy mu, żeby drzewa ruszyły mocniej, szybciej weszły we wzrost i lepiej poradziły sobie w trudniejszym miejscu, stąd nieco silniej rosnąca podkładka w tym fragmencie kwatery.
Frez robi tu dużą robotę
Najciekawszym elementem całej pracy jest maszyna. Łukasz Cielma wypożyczył frez sadowniczy z okolic Grójca. To konstrukcja rzemieślnicza, ciężka, prosta i bardzo solidna. Sama maszyna waży około 900 kg.
W pracy ten frez robi jednak dokładnie to, czego potrzeba. Przygotowuje pas pod sadzenie, mocno spulchnia ziemię i zostawia strukturę, którą sadownik porównuje do efektu po glebogryzarce.
Zastosowanie frezu bardzo przyspiesza pracę. Przy większym sadzeniu ma to duże znaczenie, bo wiosną zadań jest dużo, a czasu mało. Chociaż maszyna wyraźnie usprawniła pracę, ostatnie tygodnie w gospodarstwie naszego rozmówcy były wyjątkowo intensywne – wyrwanie Gali, przygotowanie stanowiska. Samo sadzenie drzewek zajęło trzy dni. Gdyby trzeba było robić to ręcznie, praca zajęłaby zdecydowanie więcej czasu.
Potem wchodzi obsypnik
Na samym frezie praca się nie kończy. Po sadzeniu sadownik jeszcze obsypuje drzewka. Robi to po to, by po osiadaniu ziemi nie porobiły się zbyt duże dołki i żeby nie odsłoniły się korzenie. Tutaj również został wykorzystany wypożyczony obsypnik.
Później trzeba jeszcze przejść przez kwaterę, poprostować drzewa, dobrze je poudeptywać i tam, gdzie trzeba, ściągnąć nadmiar ziemi z podkładki. Jeśli podkładka zostanie zbyt mocno przysypana, później drzewka mogą słabiej rosnąć. Sadownik podkreśla, żeby nie sadzić za głęboko i nie zostawić nadmiaru ziemi tam, gdzie nie powinno jej być.
Przy sadzeniu między słupami pracy ręcznej jest więcej. Tu nie da się wszystkiego zrobić tylko maszyną. Część rzeczy i tak trzeba poprawić i ręcznie dopilnować końcowego efektu.
Więcej możecie obejrzeć na kanale YT sadownika:

